Kołtoń: Nikt nie jest winny, tylko Kikut bez biletu

Rząd zamknął stadiony Lecha i Legii po finale Pucharu Polski, który był parodią piłkarskiego święta. Pytanie jest jedno: co tam robił minister sportu Adam Giersz?

Śledząc burzę medialną po finale Pucharu Polski chciałbym zauważyć, że wszyscy ciężko pracowali, a nikt nie jest winny. Sam byłem w Bydgoszczy i mój wniosek jest przykry: jako fan futbolu doświadczyłem parodii, a nie święta piłki nożnej.

Reklama

Widziałem setki policjantów - jak się okazało 1300 funkcjonariuszy pracowało w Bydgoszczy - dziesiątki pojazdów, dwa helikoptery. Atmosfera grozy, a nie święta. Widziałem na własne oczy kilkanaście finałów Pucharu Niemiec w Berlinie (pierwszy w 1990 roku), finał Pucharu Hiszpanii, a także dziewięć razy finał Ligi Mistrzów. Wszędzie doświadczyłem święta dziesiątków tysięcy sympatyków piłki nożnej. A w Bydgoszczy zobaczyłem parodię, humoreskę - z grozą w najpierw w tle, a później na pierwszym planie. Kibice prowadzą wojnę, która polega na poszerzaniu pola swojej władzy na stadionie i poza nim. Państwo niby z tym walczy, ale przegrywa z kretesem, skoro można odpalić niezliczoną ilość petard, a na koniec przewrócić ogrodzenie i wedrzeć się na murawę jeszcze przed ostatnim rzutem karnym. A co by było, gdyby Jakub Wawrzyniak nie strzelił jedenastki?! Kilku kibiców Legii w momencie strzału stało już przy końcowej linii.

"Puchar dla Staruchów"

Poranna lektura prasy w środę. "Przegląd Sportowy" na pierwszej stronie: "Puchar dla Legii". "Gazeta Wyborcza" na ostatniej, która ma nieporównywalnie większą siłę rażenia, głosi: "Puchar dla Staruchów". I to "Staruch" wystąpił w "GW" na zdjęciu z Pucharem Polski, a w tle kibice Legii, którzy wtargnęli na murawę obiektu w Bydgoszczy.

Niedawno prezydent USA Barack Obama długo szlifował przemówienie po śmierci Osamy ben Ladena. Premier polskiego rządu Donald Tusk też wiele godzin czekał z wygłoszeniem kilkudziesięciu zdań po finale Pucharu Polski. Nie mogło zabraknąć wątku o najbardziej znanym ultrasie nad Wisłą. Tusk przywołał jego osobę mówiąc: "Kibic używający pseudonim "Staruch", znany z działań przestępczych...". Dotychczas "Wyborcza" na pierwszego kibola wykreowała "Litara" z Poznania. No ale skoro premier rządu Rzeczypospolitej wymienia "Starucha", to trzeba zrewidować kolejność...

Minister nie walczy z patologią

"Nie akceptuję faktu, że minister sportu uczestniczył we wręczaniu pucharu i medali" - powiedział Tusk. I trafił w sedno. Minister Adam Giersz, który nic nie robi w walce z patologiami w piłce nożnej, najzwyczajniej w świecie czekał aż sekretarz generalny PZPN, Zdzisław Kręcina wydzwoni drużynę Legii w szatni, a ta wróci na stadion, aby odebrać trofeum. Odebrać trofeum, które za chwilę przekaże "Staruchowi". Wiadomo, że musiało trafić w jego ręce - to teraz pierwszy pseudokibic RP, a nie "Litar"...

Szamoczący się Bask

Poziom meczu - dramatyczny. Dramatycznie słaby. Legia słaba, a Lech ze słabym trenerem Jose Mari Bakero. Gdyby był mocny, to nakazałyby ofensywę przy prowadzeniu 1-0, a nie oddanie inicjatywy. Bo Legia jest bardzo słaba... Tymczasem Bakero się boi. W Bydgoszczy posadził na ławce rezerwowych Semira Stilicia, który naprawdę na to nie zasługiwał. Wiosną Bask szamocze się, jeśli chodzi o personalia niesłychanie, że przypomnę wystawienie Stlicia na szpicy w rewanżu z Bragą. W lidze Lech, mający najsilniejszą kadrę, gra w kratkę: na wiosnę wygrał co prawda cztery mecze (Widzew 1-0, Arka 3-0, Jagiellonia 2-0 i Legia 1-0), ale dwa zremisował (Śląsk 2-2 i Bełchatów 0-0 - oba u siebie!), a także trzy razy przegrał (Cracovia 0-1, Polonia Warszawa 0-1 oraz Zagłębie Lubin 0-1). Doczołgał się do finału PP (najpierw w Polonią Warszawa 0-1 i 2-1, a następnie z Podbeskidziem Bielsko-Biała 1-1 i 3-2), aby polec w finale karnymi. Na własne życzenie. A raczej na życzenie Bakero.

Głuchy telefon

Na koniec historia Marcina Kikuta, który podziękował stacji TVN Turbo za zaproszenie w roli eksperta, gdyż we własnym klubie nie mógł się doczekać na bilet. Kiedy pytam samego zawodnika Lecha o tę historię, to słyszę najpierw: "Przecież mnie znasz - jestem ostatnim, który wznieca afery albo szuka problemów. Jednak nie pozwolę się lekceważyć, nie pozwolę, aby robiono sobie ze mnie jaja".

Kikut najpierw wystąpił do klubu o cztery bilety, a na koniec o dwa. Później telefonował i esemesował do dyrektora sportowego Marka Pogorzelczyka oraz kierownika drużyny Łukasza Mowlika. Nie byli łaskawi nawet odpowiedzieć...

Dyskutuj z autorem na jego blogu

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje