​Łukasz Kubot: Chciałbym zagrać z Federerem

Łukasz Kubot, który w piątek odpadł w trzeciej rundzie wielkoszlemowego turnieju tenisowego na kortach ziemnych im. Rolanda Garrosa, chciałby zagrać kiedyś przeciwko Szwajcarowi Rogerowi Federerowi. W Paryżu był bardzo bliski tego.

W tegorocznym Roland Garros zabrakło jednego zwycięstwa, żeby mógł pan zagrać z Federerem. Jest żal?
Łukasz Kubot: - Nie, taki jest tenis, choć trochę szkoda. Między innymi dlatego nigdy nie patrzę w drabince dalej niż na najbliższą rundę.
Z którym tenisistą najbardziej chciałby pan kiedyś zagrać?
- Chyba ze Stefanem Edbergiem, gdyby była taka szansa. Kiedyś chciałem też bardzo zagrać z Pete'em Samprasem czy Andre Agassim. To też wiązałoby się z miejscem, jak choćby Kort Centralny w Wimbledonie, na którym jeszcze nigdy nie grałem, choć miałem już tam mecz na Korcie Numer 1. Tak samo w Paryżu nie miałem jeszcze okazji wyjść na kort im. Philippe'a Chatriera czy Suzanne Lenglen.
Te miejsca mają w sobie magię?
- Tak, zdecydowanie. Choćby w tym roku grałem na korcie centralnym w Indian Wells z Andym Roddickiem i nigdy nie zapomnę atmosfery. Wychodząc do gry na wielkim korcie człowiek daje z siebie wszystko, a widząc tłumy ludzi chce stworzyć show. To są chwile, które przypominają po co się przez tyle lat tak ciężko pracuje. Dają satysfakcję i wynagradzają wszystkie wyrzeczenia, a wygrana w takim miejscu dodaje skrzydeł na kolejne mecze.
A z obecnie grających zawodników kto byłby wymarzonym rywalem?
- Grałem już kilka razy z Novakiem Djokovicem i tylko z nim z "wielkiej czwórki". Najbardziej jednak chciałbym się spotkać z Federerem.
W Paryżu było blisko, więc powinienem chyba życzyć, żeby to się udało już za miesiąc na Korcie Centralnym w Wimbledonie?
- Tylko może lepiej nie w pierwszej rundzie (śmiech). W sumie jednak raczej nie wybierałbym trawy na mecz Federerem, ale na pewno zagrać z nim w Wielkim Szlemie, to byłoby ciekawe przeżycie.
Jest szansa, bo pana tenisowe marzenia się kolejno spełniają. Był awans do pierwszej setki, potem pięćdziesiątki rankingu ATP World Tour, występ w deblu w turnieju masters, a teraz kwalifikacja olimpijska na igrzyska w Londynie... 
- Tak, moje marzenie o grze na olimpiadzie się spełniło, ale tak naprawdę cieszyć się z tego będę dopiero jak już pojadę do Londynu. Odpukać, wiadomo, nie chcę niczego zapeszać i mam nadzieję, że będę zdrowy. Tym bardziej, że teraz czeka mnie ciężka praca związana z przygotowaniami do gry na trawie.
Kalendarz nie sprzyja przygotowaniom olimpijskim, bo między Wimbledonem a igrzyskami przez trzy tygodnie nie ma gdzie grać na trawie...
- Niestety, wtedy turnieje będą tylko na kortach ziemnych. Do tego trzy tygodnie to zbyt długi okres, żeby nigdzie nie grać, dlatego prawdopodobnie wystąpię w Stuttgarcie i chyba w Gstaad, gdzie turniej rozgrywany jest w górach, więc piłki będą bardziej i szybciej odskakiwać. Tam będę mógł grać w stylu serwis-wolej.
Tenis robi się coraz bardziej defensywny, a styl serwis-wolej kojarzy się z "Ostatnim Mohikaninem". Czy to nie jest obecnie trochę samobójcza taktyka?
- Czasem jest samobójcza, ale tylko w niektórych momentach, bo na szybkich nawierzchniach daje dobre efekty. Myślę, że chodząc do siatki jestem w stanie wygrywać mecze z wieloma zawodnikami, no może poza czołową dziesiątką. Ale i tu zdarzają się też wyjątki, jak choćby przed rokiem zwycięstwo nad Francuzem Gaelem Monfilsem w Wimbledonie. Dlatego muszę wciąż grać agresywnie i realizować założenia taktyczne, jakie przyjmujemy z trenerem Janem Stocesem.
Poprzednicy Stocesa przekonywali Pana raczej do trzymania się z tyłu kortu. A współpraca z tym trenerem zaowocowała choćby osiągnięciem 1/8 finału w ubiegłorocznym Wimbledonie, dzięki stylowi serwis-wolej...
- Jan wydobył z mojej gry to, co w niej najlepsze i cały czas namawia mnie do kontynuowania tej agresywnej taktyki. Zresztą mam wokół siebie wspaniały team, w którym jest też Ivan Machytka, z którym pracuje nad przygotowaniem fizycznym. Myślę, że dzięki niemu pogram jeszcze parę lat w tenisa.
Pan podczas meczów potrzebuje bardzo aktywnego wsparcia z trybun i zagrzewania do walki, a Stoces jest chyba raczej małomównym i spokojnym człowiekiem?
- Pozory mylą. Jan jest człowiekiem z charakterem. Może tak tego nie widać, bo krzyczy do mnie po czesku, ale wie też, kiedy musi zluzować. Na linii trener-zawodnik musi być przede wszystkim dystans i wzajemny szacunek, wyczuwanie się wzajemne, choć czasem słyszę od niego ostre słowa, to jednak nie było między nami żadnych konfliktów. Wierzę, że ta współpraca dalej będzie się nam tak dobrze układać.
W Paryżu rozmawiał Tomasz Dobiecki

Dowiedz się więcej na temat: Łukasz Kubot | ATP | roger federer

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje