Piłkarska emerytura made in Poland

Kariera profesjonalnego piłkarza trwa zaledwie kilkanaście lat. Po jej zakończeniu nastaje pustka, którą ciężko zapełnić z dnia na dzień. Jedni są przygotowani na ten moment, na innych spada on jak grom z jasnego nieba. Co robią polscy zawodnicy, gdy już poczują, że czas powiesić buty na kołku? Poznajcie kilka przykładów futbolowej emerytury made in Poland.

Dziesięć, piętnaście, w ekstremalnych przypadkach dwadzieścia lat. Tyle trwa zawodowa aktywność piłkarza. Mimo że znane są przypadki gry do czterdziestki, większość zawodników swoje kariery kończy około trzydziestego piątego roku życia. Powody są różne - brak motywacji, wypalenie zawodowe i chęć zajęcia się czymś innym, a przede wszystkim ograniczenia narzucane przez zmęczony forsownymi treningami organizm.

Reklama

Nie jest tajemnicą, że zawód piłkarza jest specyficzny. W tej branży można zarobić i to całkiem nieźle. Gracz Ekstraklasy zarabiający dziesięciokrotność średniej krajowej to wcale nie rzadkość. Przy comiesięcznych dochodach rzędu kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych pojawia się wiele możliwości.

Część pieniędzy można odłożyć, zainwestować tak, aby pracowały i przynosiły zyski. Nie każdy piłkarz myśli jednak w tych kategoriach. Będąc "pięknym, młodym i bogatym", łatwo oddalić się od rzeczywistości i zejść na manowce, albo upaść na samo dno. Niestety, kariera szybko mija, pieniądze się rozchodzą, a gdy braknie zdrowia, kopanie piłki się kończy, co oznacza jednocześnie koniec intratnego interesu.

Kilku bohaterów naszego tekstu całkiem nieźle poradziło sobie w trudnym momencie zakończenia piłkarskiej kariery. Jeden zakończył ją najgorzej jak mógł. Był na szczycie, a spadł na samo dno. O kim mowa? Zapraszamy do lektury.

Jak będziesz grał, tak będziesz miał

Radosław Gilewicz "Radgol" to przykład piłkarskiego obieżyświata. Z Polski wyjechał w 1993 roku i przez czternaście lat występował na zachodnich boiskach. Grał w Szwajcarii, Niemczech i Austrii, gdzie święcił największe zawodowe sukcesy: wywalczył koronę króla strzelców, został wybrany piłkarzem roku i niemal hurtowo zdobywał mistrzostwa Austrii. Pod koniec kariery wrócił do Polski, aby po latach posmakować gry w rodzimej lidze. Trafił do Polonii Warszawa, w której wytrzymał zaledwie sezon. Na drugoligowych boiskach "Radogol" wystąpił 27 razy, siedmiokrotnie trafiając do siatki i po sezonie 2007/2008 zakończył karierę.

- Miałem problemy z dalszą motywacją do gry. Byłem mentalnie wypalony po latach gry pod presją, gdy na Zachodzie, jako obcokrajowiec, musiałem być lepszy od moich rywali. Zadałem sobie pytanie: po co się męczyć? Zrobiłem rachunek sumienia i zdecydowałem, że nadszedł moment zejścia ze sceny - przyznaje Gilewicz.

Nie zszedł ze sceny niezauważony. Karierę spuentował pożegnalnym meczem, w którym zmierzyły się reprezentacje Gwiazd Ligi Polskiej i Europy. - Marzyło mi się zakończenie kariery w odpowiednim gronie. Marzyłem, żeby na taki mecz zjechało mnóstwo moich przyjaciół. Zjawiło się 95 procent zaproszonych gości. W sumie ponad 130 osób. To była piękna "kropka nad i" mojej kariery i jestem z tego dumny - wspomina 40-letni dziś napastnik.

Symbolicznym momentem tamtego meczu było wejście na boisko syna Radosława Gilewicza - Konrada. Dziś 19-letni Gilewicz junior gra w Austrii. Trenuje z pierwszą drużyną Admiry Wacker, a występuje w jej rezerwach oraz w reprezentacji Polski U-19.

Po zakończeniu kariery Radosław Gilewicz postanowił spełnić jedno ze swoich marzeń. Wyjechał z całą rodziną na spontaniczne wakacje. - Polecieliśmy do USA, gdzie spędziliśmy ponad dwa tygodnie. To był fajny urlop - opowiada.

Po wakacjach nastał jednak ciężki okres. - Moi koledzy mówili mi, że może przyjść kryzys. Po 2-3 miesiącach nicnierobienia stałem się nadpobudliwy, zaczęło mi wszystko przeszkadzać, nie miałem gdzie rozładować energii - wylicza "Radogol".

Za granicą nauczył się dyscypliny

Zamiast siedzieć w domu, postanowił znaleźć sobie zajęcie. Pomogła mu w tym wewnętrzna dyscyplina, jakiej nauczył się za granicą. - W krajach, gdzie grałem, dyscyplina rządzi człowiekiem. Przyswoiłem ją i nie lubię siedzieć bezczynnie w domu - podkreśla.

Zajął się biznesem. Zaczął doglądać prowadzonej ze wspólnikiem firmy sportowej, a następnie założył agencję menedżerską "FirstSport". - Wiedziałem, że nie będę trenerem. Dla mnie było pewne, że zajmę się " sportową menedżerką" - mówi.

Jako menedżer były napastnik reprezentacji Polski chce pomóc piłkarzom w kierowaniu karierami, tak jak kiedyś ktoś pomógł jemu. - Mój menedżer był moim przyjacielem. Pokazywał mi, jak oszczędzać pieniądze, zaaranżował spotkanie w banku, polecił ubezpieczenie na życie. Młodym piłkarzom, którzy żyją chwilą, mogą pomóc tylko inteligentni ludzie. Na dobrze zarabiających sportowców czyha wiele pokus. Hazard, alkohol... - zawiesza głos Radosław Gilewicz.

- Kiedyś, gdy byłem jeszcze piłkarzem Ruchu Chorzów, trener Edward Lorens powiedział mi: "Jak będziesz grał, to będziesz miał". Ja się tej myśli trzymałem. Są gracze, którym wystarczy, że "odsiedzą" kontrakt, ale moja duma i ambicja nie pozwalała na to. Ja chciałem grać i być lepszym od innych. Czy miałem pokusy? Jasne! Kiedyś marzyłem, żeby kupić sobie porsche, ale byłem młodym ojcem i musiałem myśleć o dzieciach, o ich przyszłości. Kiedy inni się bawili, ja pracowałem. Sportowo może moja kariera mogła wyglądać lepiej, zwłaszcza na szczeblu reprezentacyjnym, ale finansowo jest jak najbardziej "na tak" - przyznaje Radosław Gilewicz, spełniony piłkarski emeryt.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje