Zarzeczny: Jak wygrałem wojnę światową

Gdy byłem chłopcem, chciałem być żołnierzem. Legii. Oczywiście nie cudzoziemskiej, tylko warszawskiej. I nie strzelać do ludzi z karabinu, tylko do bramki z Kaziem Deyną.

Marzenia się spełniają. Nie sądziłem jednak, że trafię kiedyś i do prawdziwego wojska. I nie rozpętam drugiej wojny światowej jak Franek Dolas, tylko wygram trzecią!

Reklama

A było to tak. Jakieś dwadzieścia lat temu skończyłem studia i postanowiono mnie przeszkolić militarnie. Talentów nie przejawiałem żadnych, a na uniwerku z przedmiotu "Wojsko" jako z jedynego w całym życiu dostałem dwóję. Generalnie nie chciało mi się bowiem słuchać idiotów, którzy mówili, że po uderzeniu atomem ziemia zmienia się w lastryko, albo że wojsko polskie po trafieniu bronią jądrową zamienia się w pył radioaktywny i w dalszym ciągu razi nieprzyjaciela.

No, ale w końcu mnie dopadli i wsadzili w ciemny las. I oto przychodzi któregoś dnia dowódca i pyta, kto potrafi szybko pisać na maszynie, a do tego z rosyjską klawiaturą. Okazało się oczywiście, że na 150 podchorążych potrafię to tylko ja.

Akurat w naszym lesie zorganizowano ćwiczenia Sztabu Układu Warszawskiego, a w ramach tych ćwiczeń trzecią wojnę światową. Nietypową, bo z Niemcami (z NRD, hi hi) przeciwko Amerykanom (ihahahahaha!). Zjechał się też natychmiast tabun generałów ze swoimi świetnie piszącymi po rosyjsku sekretarkami. Cóż, kiedy zamiast na pole bitwy od razu ruszyli oni wojować z dziczyzną, której w lesie naszym nie brakowało. I stąd nagłe szukanie frajera, co umiał będzie pisać raporty dla "radzieckich". Zgodziłem się dobrowolnie i bez przymusu. Dobiliśmy targu bodaj za tygodniową przepustkę.

W życiu nie myślałem, że dzięki temu ostatecznie przekonam się, że całe to wojsko to taka totalna lipa.

Otóż wojna toczyła się w czasie realnym. I jakoś tak pierwszego dnia po śniadaniu NATO zaatakowało nas zdradziecko, strzelając z atomów w nasze miasta. Na szczęście byliśmy czujni, ugrupowani i zamaskowani, więc niezwłocznie przystąpiliśmy do kontrataku. Polakom, jak pamiętam, żeby unikać historycznych zadrażnień z Niemcami rozkazano na początek zdobycie Danii, z czym nasze dywizje uporały się bodaj do kolacji. Wojowaliśmy oczywiście na niby, to znaczy na takich gigantycznych mapach sztabowych i wojna nasza napotykała naprawdę na nieliczne tylko zakłócenia. Na przykład gdy napatoczył się jakiś generał chwilowo przerywający odstrzał dzików. Wtedy ktoś krzyczał: "Obywatele oficerowie, baczność!". Wszyscy rzucali ołówki, stawała nawet moja radziecka maszyna, aż po paru stęknięciach lub beknięciach padało łaskawe" "spocznij". I mogliśmy bić się dalej.

Już drugiego dnia nasze wojska pancerne przetoczyły się niczym husaria przez Niemcy Zachodnie. Mnie zaniepokoiły jednak raporty. Oto według nich na początku wojny mieliśmy na przykład pięć milionów pocisków artyleryjskich, a drugiego dnia siedem! Na starcie dysponowałem półtora tysiącem czołgów, a po dobie ciężkich walk było ich tysiąc pięćset nadal! Zapytałem o to grzecznie szefa sztabu (żeby nie dezinformować "radzieckich", ihahaha), na co odparł, kompletnie bez cienia zmieszania: "Pociski? Nadeszły uzupełnienia z tyłów. A czołgi? Hm, te zniszczone naprawiliśmy w Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego i Ośrodkach Mechanizacji Rolnictwa na terenie Niemieckiej Republiki Demokratycznej".

Tak przygotowani, trzeciego dnia piliśmy już wino we Francji, by pod wieczór zmęczone stopy zanurzyć w Atlantyku. Przez który prysnęli zresztą Amerykanie ogłaszając wcześniej kapitulację. I pewnie za tę wygraną wojenkę dostałbym nawet medal za męstwo, no ale dostała go akurat ta sekretarka, którą zastępowałem. Dla ojczyzny ratowania, rzecz jasna.

No i po co ja to piszę? Primo: dla tych, co się nudzą teraz w robocie. Secundo: żebyście słysząc o tych wszystkich generałach i ich wojnach wiedzieli jedno. To straszliwa fikcja i zabawa ludzi, którzy nigdy nie wyrośli z krótkich spodenek. I którzy na te zabawy podbierają nam jakieś 5 procent Produktu Krajowego Brutto.

Armia jest potrzebna, ale taka jak amerykańska. Trzy tysiące poległych w Iraku oznaczają, że Jankesi tradycyjnie prowadzą wojnę prawdziwą, a nie sztabową. Podobnie Brytyjczycy. Dla łupów wojennych, a nie okopywania się na z góry upatrzonych pozycjach czy naprawy wodociągów. Dla medali z pola bitwy, a nie awansów z okazji rocznic i Świąt. Nie chciałbym szerzyć nienawiści, ale żołnierz musi umieć zabijać wroga, a nie chronić zabytki Babilonu. Dochodzę czasem do smutnego wniosku, że jedynym naszym żołnierzem, który był na prawdziwej wojnie, jest minister obrony Radek Sikorski.

Budzi to moje obawy, gdyby na przykład zaatakowała nas Białoruś lub nie daj Boże groźna od wieków Litwa albo nawet Greenpeace... Bo co z tego, że Polska Armia już nie jest Czerwona, skoro wciąż Zielona?

Ale jakby co to pomogę. Ja już jedną wojnę wygrałem.

Paweł Zarzeczny

Dowiedz się więcej na temat: wygraj | wojsko

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje