Zarzeczny: Z dziejów wielkiego smrodu

Głośny dziś film "Pachnidło" winien nosić tytuł: "Z dziejów smrodu".

O "Pachnidle" było już w INTERIA.PL dość sporo, ale kusi i mnie żeby napisać o kinie. Dawno bowiem nie widziałem tak dziwnego filmu, który nie ma początku, środka i końca, muzyki i nawet obsady, a mimo to jest ciekawy. Pokazuje bowiem, acz w sposób mocno przegięty, jak Francuzi robili pierwsze perfumy. Niestety nie wyjaśnia, dlaczego je robili.

Reklama

Jestem akurat w trakcie lektury Brantome'a "Żywoty pań swawolnych" - taki opis wszechobecnej dworskiej i ludowej kopulacji w wiekach średnich, acz nie tak smakowity jak u Boccaccia w "Dekameronie". I przypominam sobie jeszcze inne opisy ówczesnych obyczajów. Na przykład specjalne ławy do ucztowania (nadwrażliwych proszę o zakończenie w tym miejscu lektury, jak i o omijanie kina), na których można było nie tylko siedzieć i podjadać, ale i załatwiać bieżące potrzeby, że się tak wyrażę prosto pod siebie... Albo specjalne złote młoteczki i kowadełka, przy pomocy których szykowne damy zabijały wędrujące po nich wszy i karaluchy, w większych ilościach. Ohyda! Ale trzeba pamiętać, że niejeden medyk odradzał wówczas używanie wody, bo niosła ponoć niezdrowe jakieś fluidy. No i oto w ten gigantyczny ludzki smród triumfalnie wkroczyli pigularze. Z pudrem na przykład, który pokrywał kostropate twarze i trędowate członki. No i z pachnidłami, co to zabijać potrafiły każdy fetor.

Niejedna kobieta korzysta z tych czarów do dzisiaj.

Skoro już ustaliliśmy sobie, że każdy człowiek jest siedliskiem smrodu (a nie tylko przysłowiowa murzyńska chata), wracajmy do perfum i filmu. Jest w nim jeden dobry aktor (Dustin Hoffman, jak ten czas leci - już nie musi się charakteryzować do ról ludzi starych, gdy zdaje się tak niedawno grał młokosa w genialnym "Absolwencie"). Reszta jest marna i zwyczajnie brzydka, ale dobry mamy pomysł z książki Suskinda: o chłopaku z genialnym węchem, który skomponować pragnie zapach idealny. Problem w tym, że tą brakującą nutą w poszukiwaniach okazuje się zapach dziewicy.

Pomińmy już problem, w jaki sposób w niewielkim Grasse panu Grenouille udaje się znaleźć ich aż 13 (w Polsce mógłby szukać - trzymając się już smrodu - aż do usranej śmierci). No i tu chyba słabość filmu. Bo morduje je w sposób mało wyszukany, na ogół pałką w potylicę, a proces destylacji tego ponoć boskiego zapachu przypomina coś w rodzaju golenia szczeciny zaraz po świniobiciu. Jak z tego powstaje aromat, który w scenie końcowej skłania do spółkowania wszystkich obywateli miasta Grasse na rynku (z biskupem włącznie, ale nie w bożej pozycji o dziwo, lecz na jeźdźca) - to już dla mnie zagadka. Podobnie jak nie domyślam się jak budżet tego nieefektownego europejskiego filmidła mógł wynieść aż 50 mln euro? Jedyne wyjaśnienie jakie znajduję, że bliżej mi nieznany pan Tykwer podpisał się w nim jako reżyser, scenarzysta i autor muzyki, biorąc zapewne potrójną gażę. Moje szczere gratulacje, przy jednak zdecydowanym współczuciu dla widzów.

Ale zmierzam do finału. Wniosek z tego filmu jest taki. Robienie perfum pozostawmy Francuzom, mają talent. Ale filmy jednak, z dokładnie tego samego powodu, pozostawmy Amerykanom.

A co mają robić Polacy? Ponieważ ten cały Grenouille gdzieś w finale tajemniczo znika, istnieje obawa, że może polować na dziewice do dzisiaj! Dlatego dmuchajmy jak najczęściej. Na zimne. Bo sens "Pachnidła" jest następujący: tylko dmuchanie ratuje ludzkie życie.

Paweł Zarzeczny

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje