Artur Binkowski: Zimnoch nie zdaje sobie sprawy, z kim powalczy

Na igrzyskach w Sydney bokser Artur Binkowski reprezentował Kanadę i był bliski medalu. W karierze zawodowej takich sukcesów nie odnosił, ale wciąż marzy o czołówce wagi ciężkiej. Zapowiada, że 19 października w Wieliczce znokautuje Krzysztofa Zimnocha.

Pochodzący z Bielawy 38-letni Binkowski (ringowy rekord 16-3-3) dopiero po raz drugi wystąpi w ojczyźnie, poprzednio w katowickim "Spodku" w 2007 roku. Później miał rozmaite problemy, trafił nawet do więzienia, a ostatnio boksował dziesięć miesięcy temu w Kanadzie. Przegrał na punkty sześciorundowy pojedynek w kategorii ciężkiej z Amerykaninem Jonte Willisem.

Reklama

Zimnoch jest osiem lat młodszy, a do tej pory wygrał 16 walk (m.in. z byłym mistrzem świata Oliverem McCallem z USA), a jedną zremisował.

- I Zimnoch, i jego promotorzy nie zdają sobie sprawy przez jakie tortury on przejdzie. Żartowałem, mówiąc, że jestem gruby i w słabej formie. Niestety dla niego, prawda jest zupełnie inna. Ostro trenuję na przedmieściach Toronto, a za moje przygotowania odpowiada pochodzący z Rumunii Adrian Teodorescu, czyli szkoleniowiec, który był w teamie Lennoksa Lewisa, złotego medalisty olimpijskiego w Seulu (1988 rok). Zajęcia siłowe przeprowadzam z Rikkim Doughertym, starym kumplem Lennoksa. Zimnoch nie zdaje sobie sprawy, z kim powalczy... - powiedział Binkowski.

W wieku 12 lat przyjechał on z rodzicami do Ameryki Północnej. Treningi bokserski rozpoczął trzy lata później, w wieku 18 lat został mistrzem Kanady juniorów, a rok później był już wicemistrzem w gronie seniorów. W 2000 roku startował na igrzyskach w Sydney, gdzie lepiej wypadł od swoich kanadyjskich kolegów i dotarł aż do ćwierćfinału. Niedługo później Binkowski rozpoczął zawodową karierę w Chicago, gdzie oglądały go tłumy polskich kibiców.

- Czuję głód boksu, co dla mnie oznacza głód życia. W takiej dyspozycji, jak obecnie, nie byłem od australijskiej olimpiady. Zimnoch musi mieć się na baczności, ale nic mu i tak nie pomoże. Do szóstej rundy zostanie znokautowany. Zwycięstwo zadedykuję Dawidowi Kosteckiemu, który zamiast wygrywać w ringu, wciąż jest za więziennym murem.

- A ja chciałbym awansować jeszcze do czołówki światowej i toczyć walki o przetrwanie, a nawet życie. Bo nie oszukujmy się, na takim poziomie konfrontacje pięściarskie to już bitwy o wszystko. W osobistym życiu spotkałem się już trzy razy twarz w twarz z +kostuchą+, i zawsze wygrywałem - podkreślił Binkowski, prywatnie szczęśliwy małżonek, ojciec dwóch synów.

Doświadczony bokser przyznał, że sześć lat temu podjął decyzję o rozstaniu z boksem. - Kiedy skończyłem współpracę z Donem Kingiem, wydawało się, że w ogóle odejdę z boksu. Rozmaite kontuzje, długotrwałe przygotowania sprawiły, że moje ciało odmawiało posłuszeństwa. Rozstanie z ringiem i ciągłymi treningami umożliwiło mi bliższe poznanie codziennego kanadyjskiego trybu życia... Ale znów mocno trenuję, a 19 października nie dam żadnych szans uważanemu za twardego zawodnika Zimnochowi. Binkowski zwycięży - dodał.

Dowiedz się więcej na temat: sporty walki | Artur Binkowski | Krzysztof Zimnoch | boks

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje