​Mariusz Wach oskarża Powietkina: Ze mną też był na meldonium

Pięściarz wagi ciężkiej Mariusz Wach bez zaskoczenia przyjął informację, że Aleksander Powietkin został przyłapany przez agencję antydopingową WADA na stosowaniu zabronionej ostaryny. - Przecież to nie pierwszy raz - podkreśla były pretendent do tytułu mistrza świata.

Na gali w Jekaterynburgu "Sasza" Powietkin miał wrócić na mistrzowski tron, ale z pojedynku wycofał się rywal Bermane Stiverne, a federacja WBC odmówiła usankcjonowania walki, słusznie nie dając przyzwolenia na doping w sporcie.

Reklama

W przypadku Rosjanina, mamy do czynienia z recydywą. Pięściarz już raz wpadł w tym roku na dopingu, którym okazało się być meldonium, przed niedoszłą walką o mistrzostwo świata z Deontayem Wilderem.

Sprawa jest interesująca zwłaszcza dla Mariusza Wacha, który cztery lata temu został przyłapany na dopingu, po walce z Władimirem Kliczką, a w grudnia 2015 roku ponownie znalazł się pod pręgierzem opinii publicznej.

"Wiking" z Krakowa zmierzył się z Powietkinem 4 listopada 2015 roku na gali w Kazaniu, a miesiąc później pojawiła się informacja, że Polak przystąpił do przegranego pojedynku pod wpływem dopingu, którym ponownie miał być steryd anaboliczny stanozolol. Na sportowcu nikt nie zostawił suchej nitki, nie dawano wiary jego tłumaczeniom, ale po kilkunastu dniach Wach został oczyszczony z zarzutów.

Federacja WBC poinformowała, że nie będzie respektowała wyników badań, które przeprowadziła Rosyjska Komisja Antydopingowa, kwestionując wynik próbki "A" Mariusza Wacha oraz integralność próbki "B". W tym samym czasie, światem bowiem wstrząsnął skandal dopingowy w rosyjskiej lekkoatletyce, w wyniku którego RUSADA straciła akredytację Światowej Agencji Antydopingowej (WADA).

Wach wraca do tamtych wydarzeń i jest przekonany, że sprawa była szyta grubymi nićmi.

- Cały temat nagłośnili niektórzy dziennikarze i niektórzy promotorzy. Z tego, co wiem, dwóch dziennikarzy otrzymało jakieś pismo od pewnych promotorów. Ja nie otrzymałem ani jednego oficjalnego dokumentu, więc nie miałem do czego się odnosić. A oni, skoro czymś dysponowali, to ciekawe, czemu tego nie upublicznili? - pyta Wach.

Pięściarz jednocześnie oddala podejrzenia od promotora Powietkina, Andrieja Riabińskiego.

- Riabiński ma Wacha w d.... To komuś w Polsce bardziej na tym zależało, żeby mnie oczernić. Przez parę dni narobili szumu, Wacha znów zmieszali z błotem, po czym wrócili sobie do porządku dziennego, a do mnie przykleiła się sprawa. To bardzo niesprawiedliwe, bo ludzie zniszczą cię bez problemu, ale później przeprosiny ciężko przechodzą im przez gardło - irytuje się pięściarz.

Wach zapewnia, że w okresie przygotowań do pojedynku w Kazaniu, sięgał tylko po dozwolone odżywki, czego - jego zdaniem - nie można powiedzieć o Rosjaninie.

- Powietkin, w walce ze mną, również musiał być pod wpływem meldonium. Na logikę tak musiało być, skoro na tym środku wpadł w tym roku, przed walką z Wilderem, a specyfik trafił na listę zakazanych dopiero od 1 stycznia. Zresztą taka też była linia jego obrony, że brał ten lek, gdy jeszcze był dozwolony - podkreśla Wach.

Istotnie, na jednym z portali społecznościowych, promotor Riabiński w maju tego roku napisał następujące słowa. - Powietkin użył meldonium we wrześniu ubiegłego roku (2015 - przyp. red.), gdy lek był jeszcze dozwolony. Od stycznia nie stosował już jednak tego środka, ale teoretycznie może on zostać we krwi - stwierdził szef grupy Mir Boksa.

Autor: Artur Gac


Dowiedz się więcej na temat: Mariusz Wach | Aleksander Powietkin | Deontay Wilder | meldonium

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje