Stiverne pokonał Arreolę i chce walczyć z Witalijem Kliczką

Bermane Stiverne (23-1-1, 20 KO) pokonując w sobotnią noc faworyzowanego Chrisa Arreolę (35-3, 30 KO) sprawił nie tylko niespodziankę, ale przede wszystkim zapewnił sobie potyczkę o mistrzostwo świata federacji WBC królewskiej kategorii z Witalijem Kliczko (45-2, 41 KO). O ile ten nie zawiesi rękawic na kołku. Kanadyjczyk ma jednak nadzieję, że to właśnie Ukrainiec będzie jego najbliższym oponentem.

"Koszmar" był liczony w trzeciej odsłonie i po dwunastu rundach przegrał jednogłośnie na punkty - 117:110, 117:110 i 118:109.

Reklama

Amerykanin miał bardzo obiecujący początek. Ostrym pressingiem i aktywnym lewym prostym spychał rywala na liny, a tam już bił mocnym prawym krzyżowym bądź prawym sierpem. W drugiej rundzie Kanadyjczyk opierając się o liny trafił z defensywy kilkoma lewymi prostymi, lecz to cały czas Arreola był stroną przeważającą i rozdawał karty. Wszystko zmieniło się po przerwie.

Stiverne świetnie wchodził w tempo w ataki Chrisa, kontrując go po zakroku prawym hakiem pod lewy łokieć. Zaś na sekundę przed gongiem kończącym trzecie starcie, wystrzelił piekielnym prawym sierpowym, którym ściął Arreolę z nóg. Ten powstał na osiem, ale był wyraźnie zraniony i gong dla niego okazał się zbawienny.

Na początku czwartej rundy Bermane przycelował po zwodzie na prawy mocnym lewym sierpem. Chris za wszelką cenę chciał pokazać, że tego nie poczuł i z uśmiechem pokiwał głową, ale za karę przyjął natychmiast taki sam lewy sierp na głowę i kiedy schodził na przerwę, jego twarz była już mocno zakrwawiona.

Początek piątej odsłony to prawdziwa wojna. Arreola atakował, jednak Stiverne świetnie odpowiadał z defensywy, a jako iż lepiej wytrzymał kondycyjnie te szalone wymiany, to w samej końcówce zyskał przewagę. A o tempie najlepiej niech świadczy to, że Kanadyjczyk w ciągu tych trzech minut wyprowadził aż 65 tzw. mocnych ciosów!

"Koszmar" nigdy się nie poddaje i po minucie szóstego starcia zaskoczył oponenta mocnym prawym krzyżowym. Natychmiast ruszył by dokończyć dzieła zniszczenia, tylko że zdrowie pozwoliło na kilkunastosekundowy zryw. I na nic więcej.

W następnych minutach Arreola co prawda nieustannie nacierał na przeciwnika, ale nie zadawał prawie w ogóle ciosów, tymczasem Stiverne cofając się punktował go swoimi prostymi. W ósmej rundzie po jednym z uderzeń lewą ręką Chris mocno się skrzywił z bólu, ale w narożniku pytany czy wszystko jest OK, odpowiadał, że jak najbardziej.

Mało tego - znany z charakteru Chris właśnie w rundzie dziewiątej przełamał się i zepchnął Stiverne'a do głębokiej obrony. Łapał go przy linach seriami złożonymi z kilku bomb, a wszystko zakończył mocnym prawym krzyżowym na brodę. Tym razem jednak to jego rywala wyratował z opresji gong.

Ten zryw kosztował Amerykanina zbyt dużo zdrowia, a Bermane dobrym balansem ciała i ładnymi unikami przepuszczał kolejne, obszerne i coraz wolniejsze sierpy Chrisa. Wyczerpani rywale podjęli jeszcze rękawice i otwarte wymiany w ostatnich trzech minutach, lecz ich ciosy nie miały już tej wymowy i o wszystkim decydowali sędziowie.

Tak więc Stiverne nabył status oficjalnego pretendenta do tronu federacji WBC i będzie najbliższym rywalem Witalija Kliczki (45-2, 41 KO), o ile ten oczywiście nie zdecyduje się wcześniej zakończyć kariery.


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje