Ekstraklasa. Bez stadionu ani to ekstra, ani klasa

Wyobraźcie sobie, że wyprawiacie wesele. Miało być pięknie, z przytupem, niezapomnianie, a zamiast tego pół orkiestry nie przyjechało, jedzenie jest zimne, a goście zebrali się do domów po pierwszym tańcu. Tego nie muszą wyobrażać sobie ludzie związani z Sandecją, oni przeżywają to co dwa tygodnie. A wkrótce może się okazać, że nie oni jedyni - pisze w swoim najnowszym felietonie Piotr Jawor.

Sobotni mecz "u siebie" z Lechem Poznań, drużyną ze ścisłego topu Ekstraklasy. Mistrz Polski sprzed dwóch lat, z aspiracjami i całkiem ciekawym składem. Mimo zadyszki, niewielu jest takich rywali w Polsce. I co?

Reklama

Smutny widok

Na trybunach w Niecieczy (tam musi grać Sandecja) 2,5 tys. widzów. 2,5 tysiąca! To oznacza, że potrzeba jakiś pięciu - sześciu spotkań, by uzbierać tylu ludzi, ilu przyszło np. na spotkanie Lecha z przeciętnym Piastem Gliwice. Pięć - sześć  spotkań, czyli niemal cała runda u siebie! A to przecież Ekstraklasa.

Do tego na trybunie prasowej w Niecieczy czterech (słownie: czterech) dziennikarzy, czyli widok jak z zawodów (czasem błędnie nazywanych meczami) trzeciej ligi, a przecież to Ekstraklasa! Konferencje z trenerami trwają trzy minuty, bo pytania zadaje tylko jeden przedstawiciel mediów.

Przy tym wszystkim kibice się starają - dojazd do jednego z parkingów w całości prowadzi przez sznur autokarów na rejestracjach z Nowego Sącza i okolic, doping jest prowadzony (choć gdyby "gniazdowy" zapomniał megafonu, to też by sobie poradził), ale to wszystko mało. W końcu to Ekstraklasa!

Czasem, choć bardzo rzadko, sytuację ratują jeszcze kibice przyjezdni. W sobotę tak jednak nie było, bo garstka fanów z Poznania zmieściłaby się w jednym busie. Na Wisłę i Cracovię przyjeżdżają setkami, a nawet w tysiącami, a na Sandecji było ich może 20. Czemu? Przecież i tu, i tu Ekstraklasa!

Pieniądze w błoto

Nie chodzi o to, by uderzać w Sandecję, bo los każdego - od pana magazyniera (musi odnaleźć się na nie swoim obiekcie), przez piłkarzy (nie swoja murawa), po kibiców (nie swój, oddalony o jakieś dwie godziny stadion) - jest ciężki. Choć powinien być lżejszy (no, może oprócz piłkarz), w końcu to Ekstraklasa!

O beniaminku mówi się, że dla niego drugi sezon zawsze jest najtrudniejszy. Tymczasem Sandecja marzy, by przetrwać ten pierwszy i wrócić do Nowego Sącza. Niestety, ale w tej sytuacji awans nie wygląda jak nagroda, ale kara. Wszystko dlatego, że - z różnych powodów - w Polsce panuje zależność - najpierw sukces, później stadion.

A jeśli klub nie chce usłyszeć zarzutów, że "dla bandy kopaczy pieniądze na stadion wyrzucono w błoto", to drużyna musi się utrzymać. Utrzymać, grając w ciężkiej lidze, nie na swoim stadionie i z mocno ograniczoną liczbą kibiców.

Następni beniaminkowie powtórką z rozrywki?

Szkopuł w tym, że to nie tylko Sandecja, bo wkrótce w jej ślady mogą pójść inni, gdyż w Opolu (obecnie lider I ligi), Chojnicach (wicelider) czy Częstochowie (czwarte miejsce) też stadionu na poziomie Ekstraklasy nie mają. W tym przypadku pewnie znów skończyłoby się tułaczką piłkarzy i kibiców po obcych obiektach.

Cierpi na tym i Ekstraklasa (w takim wypadku nie da się wyśrubować dobrej średniej frekwencji czy przeprowadzić atrakcyjnej transmisji telewizyjnej), i kluby, które po awansie powinny jednak nie cierpieć, a świętować. W naszej lidze tak się jednak układa, że często nagrodą za awans nie jest najwyższa klasa rozgrywkowa, ale stadion. Szkopuł w tym, że Sandecji w Niecieczy bardzo ciężko będzie zgrać i ekstraklasowy poziom piłkarski, i stadionowy. Może się okazać, że te obie rzeczy rozminą się o jeden sezon.

A szkoda, bo zamiast wesela w Nowym Sączu, jest stypa w Niecieczy.

Piotr Jawor

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje