Szymon Ziółkowski: To nie koniec dyskwalifikacji w lekkiej atletyce

Mistrz olimpijski z Sydney w rzucie młotem Szymon Ziółkowski uważa, że w lekkiej atletyce będzie jeszcze dochodzić do kolejnych dyskwalifikacji po latach. Ostatnio mistrzem Europy po zawieszeniu Białorusina Andrija Michniewicza został kulomiot Tomasz Majewski.

- To nie są ostatnie takie dyskwalifikacje. Odkąd zmieniły się metody badania, pewne rzeczy mogą wypływać i sądzę, że jeszcze kilku dopingowiczów się znajdzie. Ciężko mi powiedzieć, czy dotyczy to tylko Białorusi, bo w rzucie młotem to już ich niewielu zostało. Niedługo nie będzie komu rzucać, ale inne kraje byłego ZSRR również niejednokrotnie miewały wiele za uszami. Pożyjemy, zobaczymy. Na pewno dobrze, że takie rzeczy są, bo ukróci się ten proceder w przyszłości. Zdobywanie medalu po ośmiu latach jest przecież chore - powiedział Ziółkowski.

Reklama

Również i on został korespondencyjnie mistrzem świata. W Helsinkach w 2005 roku wywalczył brąz, ale w marcu IAAF powtórnie zbadała próbki pobrane od lekkoatletów właśnie w trakcie tych zawodów i u sześciorga stwierdzono doping, w tym u rzucających młotem Iwana Cichana i Wadzima Dziewiatouskiego (obaj Białoruś), co w konsekwencji spowodowało, że po ośmiu latach Ziółkowski nagle stał się mistrzem świata. IAAF weryfikuje wprawdzie jeszcze odpowiednie dokumenty, ale, jak powiedział wieloletni sędzia międzynarodowy Janusz Rozum, to tylko kwestia czasu.  

- Takie wygrywanie jest znacznie mniej przyjemne. Wiąże się to jednak również z innymi rzeczami. W moim przypadku nie miało to większego znaczenia, bo medal w Helsinkach i tak wywalczyłem. Nie złoty, ale brązowy, ale mimo wszystko na podium stałem. Ale całkowicie inaczej startuje się w kolejnym sezonie gdy się jest mistrzem świata, a nie brązowym medalistą - zaznaczył.

Najbardziej mu jednak szkoda zawodników, którzy wyjeżdżali ze stolicy Finlandii bez krążka, a na niego zasłużyli.

- W przypadku chłopaków, którzy byli poza podium to coś zupełnie innego. Wicemistrz świata ma jednak trochę lepsze życie niż piąty zawodnik mistrzostw globu. Nie chodzi jedynie o prestiż, ale i o zaproszenia na mityngi, nagrody finansowe, kontrakty ze sponsorami. Całkowicie inaczej układa się życie - podkreślił Ziółkowski.

Brązowy medalista mistrzostw Europy (2012) w tym roku jeździ na mityngi po całym świecie. Był w Brazylii, Portoryko i wielu miejscach w Europie.

- Tak nam wymyślili program startów, a ja nie mam nic przeciwko temu. Lubię to. Czy w Brazylii czuć przygotowania do przyszłorocznego mundialu? Oni są spokój, jeśli chodzi o cokolwiek. Zakładają, że do mistrzostw świata został rok, więc mają jeszcze czas. Wiele się tam nie dzieje - skomentował.

W sobotę w Szczecinie w 59. Memoriale Janusza Kusocińskiego Ziółkowskiemu zabrakło 21 centymetrów do granicy 79 metrów i jednocześnie do minimum PZLA na mistrzostwa świata w Moskwie.

- Mam nadzieję, że w końcu złamię tę granicę i zapewnię sobie udział w MŚ. Wszystko wychodzi dobrze. Rzuty treningowe wyglądają nieźle, ale jeszcze nie przekłada się to na wynik zawodach - powiedział.

To nadal do niego należy rekord Polski - 83,38. - Czy jeszcze to pamiętam? Mam słabą pamięć. Kończę niedługo 37 lat. Dawno to było... Ale taką ósemkę z przodu w tym roku bardzo chętnie bym przyjął. I to jak najszybciej. Wtedy człowiek znacznie lepiej się czuje. I miałbym rekord Polski weteranów - skomentował.

Ziółkowski nadal ma w sobie wiele optymizmu i rzucanie młotem mu się nie znudziło. - Zdrowotnie jest bardzo dobrze. Nie rozpadam się, więc rzucam. Nadal bardzo mi się to podoba. Wszystkich zachęcam by spróbowali. Wciąga - zaznaczył.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje