KSW. Potężna wycena wartości federacji mieszanych sztuk walki

Gale mieszanych sztuk walki, organizowane przez federację KSW, cieszą się olbrzymią popularnością. Włodarze organizacji umiejętnie łączą sport, typowo dla sympatyków MMA, z elementami bogatego widowiska, które przyciąga szeroką publiczność do hal, na stadiony i przed telewizory, mimo dystrybucji wielu gal w płatnym systemie pay-per-view.

Dotąd najbardziej spektakularnym przedsięwzięciem była gala, zorganizowana w maju na PGE Narodowym w Warszawie, która niemal po brzegi wypełniła największa arenę sportową w kraju. Impreza zakończyła się sportowym i finansowym sukcesem, mimo że jej budżet wyniósł kilka milionów złotych.

Reklama

Wówczas na PGE Narodowym zasiadło ponad 57 tys. widzów, co zapewniło KSW wejście do światowej czołówki MMA na świecie pod względem frekwencji.

Dla porównania, dotąd największe widowisko sportów walki w Polsce, czyli gala boksu w 2011 roku, z walką wieczoru Tomasza Adamka z Witalijem Kliczką, zgromadziła na stadionie we Wrocławiu ok. 42 tys. widzów.

Wyraźnym zgrzytem na Stadionie Narodowym było tylko zachowanie części publiczności po walce wieczoru Mameda Chalidowa z Borysem Mańkowskim. Wygrał ten pierwszy, ale Czeczen z polskim paszportem został wygwizdany, gdy miał udzielić wywiadu.

Co stanowi siłę KSW? W szeregach federacji są dobrzy wojownicy, tacy jak Chalidow, Mańkowski, Michał Materla i Mateusz Gamrot, ale największa siła w kreowaniu widowisk opiera się na "znanych i lubianych", którzy po mistrzowsku przyciągają widzów. Mowa tutaj o Mariuszu Pudzianowskim, raperze Popku Monsterze, czy kulturyście Robercie "Hardkorowym Koksie" Burneice. A w blokach startowych czekają kolejni, czyli szykujący się do debiutu aktor Tomasz Oświeciński, pięściarz Artur Szpilka, a nawet Anna Lewandowska, z którą jeden z włodarzy KSW Martin Lewandowski już zdążył odbyć wstępną rozmowę.

Inna sprawa, że gdyby całą paletę polskich zawodników zabrać do Stanów Zjednoczonych i tam spróbować zorganizować wielkie show, to sukces byłby kwestią wątpliwą, ale po kolei...

Martin Lewandowski, w rozmowie z "Pulsem Biznesu" wyjawił, że w Polsce osiągnął już niemal wszystko, więc teraz czas na podbój Europy, razem z inwestorem.

"W Polsce KSW to synonim MMA - tak jak niegdyś adidasy oznaczały buty sportowe. Teraz pracujemy nad wieloma nowymi elementami: m.in. formułą mniejszych gal - Ligi KSW, ekspansją zagraniczną i wskoczeniem poziom wyżej dzięki budowie profesjonalnego związku sportowego w Polsce. Dyscyplina musi się rozwijać" - powiedział, co znaczy, że ma wielkie ambicje. Jednak nie może być inaczej, bo w rozmowie z Interią już kiedyś przyznał, że wyobraża sobie, że w perspektywie niedługiego czasu mieszane sztuki walki wejdą do programu igrzysk olimpijskich.

KSW najwięcej zarabia na dystrybucji gal w systemie PPV, dostępnych w kilkudziesięciu krajach na całym świecie, łącznie na czterech kontynentach, z możliwym komentarzem w języku angielskim. Popyt na najlepsze imprezy, mimo usługi w cenie 40 zł, wynosił nawet ponad 100 tysięcy abonentów.

"Przychody z PPV to największa część naszego biznesu" - przyznaje Lewandowski na łamach "PB", dodając, że budowany od minionej dekady biznes wycenia na 25 milionów euro. Na tę kwotę składa się współpraca z Polsatem, świadomość bycia jedną z najpopularniejszych dyscyplin w kraju oraz elementem popkultury, ale nie tylko. To także sprzedaż licencji popularnej marce napojów energetycznych, firmom odzieżowym oraz m.in. operatorom sieci siłowni.

AG

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje