Lakers znokautowali Timberwolves

Mylił się grubo ten kto liczył na szybkie odpadnięcie z playoffs Los Angeles Lakers. Obrońcy tytułu w piątym meczu rywalizacji z Timberwolves rozgromili rywali na ich parkiecie w Minneapolis 120:90 i do awansu do kolejnej rundy potrzebują już tylko jednego zwycięstwa.

Podopieczni Phila Jacksona nareszcie dali pokaz zespołowej gry. Po raz pierwszy od dłuższego czasu każdy z zawodników pierwszej piątki Lakers rzucił powyżej 10 punktów. Na liście snajperów przewodził oczywiście Kobe Bryant (32), ale wiernie dotrzymywali mu kroku Shaquille O'Neal (27) oraz Derek Fisher (24).

Reklama

Swoje zrobili także Dewean Goerge i Robert Horry, którzy dorzucili po 12 "oczek" każdy. Przewaga Lakers w tym spotkaniu rosła systematycznie. Po pierwszej połowie "Jeziorowcy" wygrywali 10 punktami, po trzeciej kwarcie różnica sięgła już 21 punktów i wreszcie po ostatniej syrenie 20 tysięcy kibiców Wolves musiało przełknąć gorycz 30 punktowej porażki!

- To było przełomowe dla nas spotkanie. Czuliśmy grę i byliśmy maksymalnie zmobilizowani. Koniecznie musieliśmy wygrać i zrobiliśmy to. Pokazaliśmy co znaczy doświadczenie i umiejętność gry o dużą stawkę. - mówił po meczu Bryant. Pochwał dla swojej drużyny nie krył również Phil Jackson. - Nie poznawałem tego zespołu. Zdemolowali wręcz rywali. Byli pod każdym względem lepsi. - komplementował coach Lakers. "Jeziorowcy" w czwartkowy wieczór zagrają z rywalami w Staples Center i już wtedy mogą zapewnić sobie awans do półfinału Western Conference.

Trzecie zwycięstwo w piątym meczu z Phoenix Suns odniósł najlepszy zespół sezonu zasadniczego - San Antonio Spurs. "Ostrogi" wygrały we własnej hali 94:82.

Wśród Spurs, którzy od początku gry uzyskali sporą przewagę (54:30 po dwóch kwartach), najlepiej spisał się rezerwowy Malik Rose (27 pkt i 13 zbiórek). Tim Duncan dodał 23 pkt i 17 zbiórek. 22 punkty dla ekipy z Phoenix zdobył Shawn Marion.

"Słońca" w ostatniej części gry zbliżyły się na sześć punktów, ale gospodarze celnie wykonywali rzuty wolne po umyślnych faulach gości i nie pozwolili odebrać sobie zwycięstwa.

Dogrywka była potrzebna do wyłonienia zwycięzcy w spotkaniu Indiana Pacers - Boston Celtics. Gospodarze wygrali 93:88 i przedłużyli nadzieje na awans do drugiej rundy play off. W rywalizacji do czterech zwycięstw "Celtowie" prowadzą 3:2.

Zespół z Indianapolis po dogrywce wygrał po raz pierwszy w historii swoich występów w play off.

Ciekawostką jest fakt, że w dodatkowym czasie gry koszykarze z Bostonu nie zdobyli ani jednego punktu. Dogrywka zakończyła się wynikiem 5:0 dla Pacers. "Celtowie" są dziewiątym zespołem w historii ligi, a pierwszym od grudnia 2000 roku, który zakończył dogrywkę z zerowym dorobkiem.

Ron Artest zdobył dla gospodarzy 26 punktów i miał dziesięć zbiórek. W dogrywce zablokował trzy rzuty rywali, podobnie jak ostatnią akcję Paula Pierce'a w regulaminowym czasie gry. Dorobek Jermaine'a O'Neala to 19 punktów i 22 zbiórki.

Celtics mogli zostać pierwszym zespołem, który zapewnił sobie awans do drugiej rundy play off. Na ostatnią kwartę wychodzili z przewagą dziewięciu punktów, ale pozwolili Pacers odrobić straty. W dogrywce nie wykorzystali żadnego z sześciu rzutów z gry oraz dwóch wolnych. Antoine Walker zdobył dla gości 21 punktów, miał osiem asyst i pięć zbiórek.

- Walka w obronie, pod koszami była nieprawdopodobna. Oba zespoły zasłużyły na wielkie słowa uznania. Mecz był wspaniały i uczestniczyć w nim było dla mnie wielką przyjemnością - podsumował Reggie Miller z Indiany Pacers.

Zobacz wyniki meczów i przebieg rywalizacji playoffs

INTERIA.PL/AP/PAP
Dowiedz się więcej na temat: play off | awans | lakers

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama