Najbardziej przepłacani gracze NBA

Choć jeszcze nie wszyscy wolni agenci znaleźli miejsce w nowych klubach, choć nie wiemy jeszcze, które kontrakty zostaną wykupione przez kluby NBA, to jednak raczej w kwestii, którą chciałbym przedstawić nie powinno się nic zmienić.

Jest to prywatny ranking zawodników, którzy absolutnie nie zasługują swoją grą na zarobki jakie otrzymują. Wielu generalnych menedżerów padło już ofiarą swoich kwiecistych wyobrażeń i planów względem niektórych graczy, zaś Ci - zwykli nabierać ich prezentując najlepszą formę dopiero w swoich sezonach kontraktowych (ostatnim, w którym obowiązywała ich wcześniejsza umowa).

Reklama

Ci zawodnicy zarabiają tak duże pieniądze, że łyżka dziegciu w ich pięknym amerykańskim śnie nikomu nie powinna zaszkodzić, a może tylko połechtać jedną z naszych, nielubianych narodowych cech.

10. Larry Hughes (Cleveland Cavaliers / zarobi 12,0 mln dol. w przyszłym sezonie / średnie zdobycze z ostatniego sezonu: 14,9 pkt, 40% z gry)

Nadal nie mogę uwierzyć jak gracz, który w całej swojej karierze trafia zaledwie 41 procent swoich rzutów może mieć tak wysoki kontrakt. W przeciągu 9-letniej kariery zaliczył już 4 kluby i nawet po dwóch swoich najlepszych sezonach w Wizards, kiedy zdobywał odpowiednio 22,3 i 22,8 punktu na mecz, Ci nie chcieli go zatrzymać za wszelką cenę. Wybrał większą gotówkę w stanie Ohio i omal ten jego wysoki kontrakt nie spowodował dwa tygodnie temu utraty przez Cavs Andersona Varejao. Hughes to gracz bez pozycji, zbyt nieskuteczny jak na dwójkę, zbyt słabo podający jak na rozgrywającego, w dodatku w całej swojej karierze tylko 2 razy zagrał więcej niż 70 meczów - co przy okazji nie zdarzyło mu się już aż od pięciu lat.

9. Marko Jarić (Minnesota Timberwolves / 6,1 mln dol. / 5,3 pkt, 2,1 as., 41 % z gry)

Tylko Kevin Mc Hale, najgorszy menedżer w NBA, mógł podpisać sześcioletni kontrakt z graczem, który w swoim sezonie kontraktowym (2004/05) w Clippers rozegrał tylko 50 meczów, a w dodatku o miejsce w pierwszej piątce na pozycji rozgrywającego rywalizował z Rickem Brunsonem. W Minnesocie Jarić łata dziury na wszystkich trzech pozycjach obwodowych, ale że zostały mu jeszcze aż 4 lata kontraktu, będzie się go bardzo ciężko pozbyć z Minneapolis.

8. Jerome James (New York Knicks / 5,8 mln dol. / 1,9 pkt)

Brad Miller jest jednym z najwolniejszych obrońców pod koszem, i to właśnie przeciw niemu James zaliczył kilka naprawdę świetnych spotkań w pierwszej rundzie playoffs w 2005 roku, gdzie momentami dominował niczym sam Shaquille O'Neal. Ten kilkudniowy przebłysk wystarczył by Isiah Thomas zaoferował mu czteroletni, ponad 20-milionowy kontrakt. W ubiegłym sezonie James głównie siedział na albo za ławką rezerwowych. Jeżeli na obozie treningowym Knicks pojawi się z nadwagą to mówi się, że Thomas uderzy się w pierś i kontrakt Jamesa zostanie wykupiony.

7. Brian Cardinal (Memphis Grizzlies / 5,9 mln dol. / 4,5 pkt, 28 meczów)

Ciężko powiedzieć co dostrzegł ówczesny menedżer Grizzlies, Jerry West, w mierzącym 206 cm, niezbyt ruchliwym skrzydłowym Golden State Warriors, który w sezonie 2003/04 walczył o minuty gry z samym rookie Mike'iem Dunleavym (o którym za moment) czy rookie Mickaelem Pietrusem. Tak czy siak, West, o którym w Memphis do dziś krążą legendy, że dokonywał decyzji nie wychodząc ze swojego gabinetu, coś musiał jednak w nim widzieć. My z kolei od dwóch sezonów niemal go w ogóle nie widzimy - Cardinal w dwóch ostatnich sezonach rozegrał tylko 64 spotkania, grając przeciętnie po 11 minut.

6. Troy Hudson (Minnesota Timberwolves / 5,9 mln dol. / 5,9 pkt, 38 % z gry)

Owszem, Hudson to bardzo ruchliwy gracz, ale bardziej widziałbym go jako kolejnego członka hip-hopowej grupy Black Eyed Peas, a niżeli na boisku. Otóż ten playmaker nie posiadł nawet umiejętności podań jedną ręką(sic), a jego dwuręczne podania znad głowy pokazują nam, że i Sylwia Wlaźlak w czasach swojej świetności mogłaby zarabiać tyle grając u Kevina McHale'a. Ah ten McHale - jakby jakaś siła kazała mu zepsuć karierę Kevina Garnetta. Wracając jednak jeszcze do Hudsona. Jego kontrakt na dniach ma zostać wykupiony. To jedna z pierwszych dobrych decyzji generalnego menedżera Wolves... A w tym roku wpływowy magazyn "Forbes" ogłosił Kevina McHale'a najlepszym generalnym menedżerem w amerykańskim, zawodowym sporcie. Paranoja.

5. Jared Jeffries (New York Knicks / 5,6 mln dol. / 4,1 pkt)

Ten ranking ma dwóch cichych bohaterów, o McHale'u już nic nie napiszę, ale wypada jeszcze wspomnieć drugi raz o Isiahu Thomasie. Przed rozpoczęciem ubiegłego sezonu Thomas wynalazł z Waszyngtonu wszechstronnego skrzydłowego, który jednak przez cztery lata gry jako "Czarodziej" nigdy nie zrobił postępów jakich po nim oczekiwano. Cóż, że wzrostu jest słusznego (211 cm), skoro w ostatnich latach do ligi wciąż trafiają tego typu gracze, zdolni jednak w ofensywie dokonywać dużo więcej niż Jeffries. Choć Thomas urzekła ponoć defensywa Jeffriesa, to jednak w obliczu pozyskania w ubiegłorocznym drafcie dużo bardziej perspektywicznego Renaldo Balkmana, decyzja o zaoferowaniu czteroletniego kontraktu Jeffriesowi wydaje się jak najbardziej nietrafiona. Kibice w MSG są wredni i ten już 26-letni gracz miał kilkakrotnie okazję się o tym przekonać.

4. Mike Dunleavy jr (Golden State Warriors / 8,2 mln dol. / 12,8 pkt)

Naprawdę nie sposób pojąć jak Chris Mullin mógł zaoferować opiewający na około 40 milionów dolarów, pięcioletni kontrakt graczowi, którego skuteczność z gry w sezonie kontraktowym (2005/06) spadła o... 5 procent (40%). A mówimy tu przecież o graczu, który jest jednym z najsłabszych obrońców w lidze na pozycji niskiego skrzydłowego, i choć nie można zaprzeczyć, że stać go jeszcze na zrobienie postępów - jakkolwiek przez pięć lat gry w NBA te są niezauważalne - to jednak najpewniej stanie się obieżyświatem w NBA i jego kontrakt przez najbliższe cztery lata będzie przedmiotem spekulacji o ewentualnych wymianach. Chyba, że uda mu się nabrać koszykarskich kolorów w Indianie. Z wymienionych w tej 10-tce dajemy mu na to największe szanse.

3. Andriej Kirilenko (Utah Jazz / 13,7 mln dol. / 8,3 pkt)

Działaczy, a przede wszystkim skautów w Utah Jazz, a i pewnie i samego Jerry'ego Sloana, należy winić za podpisanie aż 6-letniego kontraktu z AK-47 przed rozpoczęciem sezonu 2005/06. Co z tego że Kirilenko był nawet All-Star, że był najlepszym graczem zespołu w sezonie 2003/04 i - no niech mu będzie - w 2004/05, skoro właśnie wtedy rozegrał tylko 41 spotkań, a większość z nich pod nieobecność Carlosa Boozera. Wtedy już było jednak widać, że gdy w zespole pojawią się nowe ręce do rzucania to styl gry Kirilenko zmieni się na ściśle defensywny. I nie można zaprzeczyć temu, że Kirilenko jest prawdopodobnie - obok Shawna Mariona - najbardziej wszechstronnym defensorem w lidze, ale pozostają wątpliwości w jakim punkcie będzie jego kariera gdy za cztery lata zarobi za swój ostatni sezon kontraktu aż 17 milionów dolarów. Tym bardziej, że jest to gracz tego typu, o którym mówi się, że może grać tylko dla jednego trenera. W przeciwnym razie jego wartość będzie jeszcze niższa. Na szczęście Sloan ufa Andriejowi, a ten musi się pogodzić ze swoją nową rolą w zespole Jazzmanów.

2. Adonal Foyle (Golden State Warriors / 8,9 mln dol. / 2,2 pkt, 9.9 minut na mecz)

Wyobraźcie sobie, że jesteście generalnym menedżerem. Od siedmiu lat barwy kierowanego przez Was klubu zatruwa widmo niespełnionej do końca kariery niskiego centra z Saint Vincent. W minionym, ostatnim sezonie jego dotychczasowego kontraktu, Wasz gracz gra tylko w 44 meczach i to tylko po 13 minut w meczu. Owszem, jest niebezpiecznym defensorem i walczy zaciekle na atakowanej desce, ale więcej punktów od niego zdobywa nawet niejaki Sean Lampley. Co robicie? Podpisujecie z nim pięcioletni kontrakt gwarantujący mu około 35 milionów dolarów? W ostatnim sezonie Foyle niemal już nie istniał jako gracz Warriors i choć nadal dumnie reprezentuje organizację, to jednak kto wie czy w przyszłym sezonie w ogóle zobaczymy go jeszcze w NBA.

1. Raef LaFrentz (Portland Trail Blazers / 11,8 mln dol. / 3,7 pkt, 13 minut na mecz)

Jako jeden z niegdysiejszych fanów tego gracza, jest mi tym bardziej smutno umieścić go na pierwszym miejscu w tym niechlubnym rankingu. Wybrany z numerem trzecim w drafcie, tak naprawdę nigdy nie zdołał udowodnić kibicom, że jest warty pokładanych w nim nadziei. W swoim czwartym sezonie gry w Denver uzyskiwał już niemal 15 punktów w meczu, gdy zupełnie niespodziewanie został oddany do Dallas Mavericks. Być może jego życiowa rola miała polegać na nauczeniu kilku sztuczek Dirka Nowitzkiego, gdyż ten momentami wygląda jak wyupgrade'owana wersja LaFrentza - choć naprawdę ciężko przełknąć takie porównanie. La Frentz z początkiem sezonu trafił do Bostonu, gdzie kolejna kontuzja kolana przekreśliła szanse na udany sezon. W następnym, 2004/05, natomiast sprawił nie lada psikusa Danny'emu Ainge'owi, przypominając, że nie zapomniał jeszcze jak się gra w koszykówkę. Wtedy też przeżył prawdopodobnie najszczęśliwszy dzień swojego życia - podpisał czteroletni kontrakt opiewający na 45 milionów dolarów. Sezon później rzucał już z gry o 6 procent mniej skutecznie (43 procent), by w ubiegłym sezonie grać ogony w Portland, trafiając haniebne jak na wysokiego gracza 38 procent z gry. Gdy mowa o dzisiejszych TrailBlazers, mało kto już wspomina o miejscu pod koszem dla LaFrentza. O ile jego kontrakt nie zostanie wykupiony to najprawdopodobniej zakończy przedwcześnie karierę. Szkoda, ma dopiero 31 lat i kto wie, może jeszcze kiedyś będzie miał okazję by przypomnieć się kibicom trafiając niczym Larry Bird - do którego był porównywany na początku kariery, tak jak dziś Greg Oden porównywany jest do Billa Russella...

Maciej Kwiatkowski

Dowiedz się więcej na temat: kluby | ranking | mecz | thomas | Warriors | procent | NBA

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama