Trener polskich kanadyjkarzy, Marek Ploch: Chińczycy składali mi raport

Nowy trener polskich kanadyjkarzy, Marek Ploch, opowiada o swojej pracy w Chinach.

- W Chinach przed każdym treningiem składano mi meldunek o gotowości do rozpoczęcia zajęć. Innych dziwnych zachowań było dużo więcej - opowiada Ploch, twórca olimpijskich sukcesów kanadyjkarzy tego kraju, a od trzech miesięcy trener polskiej kadry.

Reklama

Głęboko wierzy w to, że poprowadzi "Biało-czerwonych" na podium igrzysk w Tokio. 57-letni Ploch jest trenerem-obieżyświatem. Pracował w Kanadzie, USA, Australii, Wielkiej Brytanii, Chinach, Iranie oraz w Korei Południowej. Od kilku lat mieszka z żoną Chinką i z ośmioletnim synem Kevinem w Opolu.

- Wyjechałem z Polski w roku 1988. Skończyłem studia trenerskie w Victorii w Kolumbii Brytyjskiej, zacząłem pracę w jednym z kanadyjskich klubów. Potem przyszły kontrakty w innych krajach - wspomniał.

Najdłużej, z przerwami łącznie przez dziewięć lat, szkolił zawodników w Chinach, gdzie odniósł największe sukcesy. W 2004 roku na igrzyskach w Atenach jego podopieczni Meng Guanliang i Yang Wenjun zdobyli złoty medal olimpijski w C2 500, a cztery lata później powtórzyli ten wyczyn w Pekinie. Do dziś są to jedyne chińskie medale olimpijskie w kajakarstwie.

- Byłem drugim zagranicznym trenerem kajakarstwa w całych Chinach. Miesiąc przede mną przyjechał kolega z Węgier. Nie wszyscy potrafili się jednak dostosować do zupełnie innej niż nasza mentalności Chińczyków.

Wychowałem się w PRL. Gdy nauczyciel wchodził do klasy, wszyscy wstawali i witali go. Coś podobnego widziałem w Chinach w kadrze narodowej. Przed treningiem zawodnicy stali w szeregu i kapitan drużyny składał mi meldunek o gotowości do rozpoczęcia ćwiczeń. Potem gęsiego maszerowali na zajęcia. Oni mają dyscyplinę we krwi.

Niektórzy trenerzy zagraniczni próbowali to zmienić i efekt był odwrotny - niezrozumienie ze strony Chińczyków, pojawiały się tarcia między szkoleniowcami a liderami kadry, którzy zmian sobie nie życzyli. Ja musiałem te zwyczaje uszanować i w jakimś stopniu zrozumieć - opowiadał.

Mimo to Ploch próbował pewnych modyfikacji podczas treningów.

- Byłem pierwszym trenerem, który wprowadził muzykę podczas ćwiczeń na siłowni. Wcześniej nie pozwalano na takie dziwactwa. Im więcej odnosiliśmy sukcesów, tym łatwiej było uzyskać zgodę na wprowadzenie nowinek do treningów. Ale jednocześnie obserwowano mnie, pilnowano, bym nie dał zawodnikom zbyt wiele luzu - dodał.

Chińscy kajakarze trenują praktycznie przez cały rok w trzech ośrodkach w kraju: jeden znajduje się pod granicą rosyjską w Mandżurii, drugi to Qiandao, czyli "Jezioro Tysiąca Wysp", olbrzymi akwen około 400 km na południe od Szanghaju, a trzeci leży na wysokości 2 tys. metrów n.p.m. w prowincji Junan.

- Pracowałem w tych ośrodkach, ale potem odkryłem jeszcze jedno miejsce, moje ulubione. Było to jezioro Goan w prowincji Jianxi, w południowo-wschodniej części kraju. Baza jednego z moich mistrzów olimpijskich, odległa o 50 km od najbliższego miasteczka. Byliśmy kompletnie odizolowani, ale mieliśmy fantastyczne warunki. Tylko ja, moi zawodnicy i trenerzy oraz motorówka policyjna. Nikt inny nie miał prawa pływać po tym ogromnym jeziorze".

Porównując predyspozycje do uprawiania kajakarstwa Chińczyków i Polaków, Ploch nie ma wątpliwości, że większym potencjałem dysponują jego rodacy.

- Chińczycy są natomiast bardziej zdyscyplinowani, umotywowani i uprawiają kajakarstwo dla nagród, pieniędzy, by ułożyć sobie życie po zakończeniu kariery. Nie widziałem w nich zamiłowania do kajaków, pasji, w odróżnieniu od naszych zawodników, którzy często, mówiąc górnolotnie, kochają sport - ocenił.

Po ostatnim kontrakcie w Korei Południowej powrócił do Polski w 2012 roku. Nie otrzymał propozycji pracy w kadrze, choć był pytany nieoficjalnie przez "różne osoby", czy zgodziłby się objąć tę funkcję. We Wrocławiu i w Opolu, gdzie obecnie mieszka, szkolił Mateusza Zuchorę, Piotra Kuletę i Marcina Grzybowskiego. Dwójkę Kuleta - Grzybowski przygotowywał do mistrzostw świata w 2015 roku jako trener współpracujący z kadrą. W grudniu ubiegłego roku wygrał konkurs na trenera reprezentacji.

W kadrze znalazło się 12 zawodników (trzech innych powołanych odmówiło współpracy z Plochem). Najmłodsi mają po 20 lat, najstarszym jest 38-letni Grzybowski. Ploch lepiej poznał nowych podopiecznych na zgrupowaniu w Szklarskiej Porębie. Zaaplikował im ciężkie treningi na siłowni, biegi na nartach. W lutym kadrowicze wyjechali na obóz do Sao Domingos w portugalskiej prowincji Algarve.

- Ciężkie treningi? Widziałem, jak się na świecie trenuje. Australijczyk Ken Wallace, mistrz olimpijski, na jednym treningu potrafił przepłynąć 1000 metrów w ostrym tempie... dwadzieścia razy, tam i z powrotem, i tylko jego sparingpartnerzy się zmieniali. Jak moi zawodnicy przepłynęli osiem razy 1000 metrów, to był już wielki płacz. U nas to jest zabawa, proszę pana" - podkreślił.

Ploch jest przekonany, że jego podopieczni stopniowo przyzwyczają się do cięższych treningów. Pod warunkiem, że będą widzieć rezultaty swojej pracy. Niektórzy już je zobaczyli.

- W Portugalii, po trzech tygodniach zasuwania, część kadrowiczów pobiła swoje rekordy na 1000 metrów, mimo że woda na tym dość płytkim jeziorze jest ciężka. Już chłopaki widzą owoce swojej pracy. A to dopiero początek" - stwierdził.

Nowy trener kadry nie patrzy w metrykę, nie skreśla szans weterana Grzybowskiego na wyjazd na igrzyska w Tokio.

- Podczas olimpiady w Pekinie, oprócz złotej dwójki Meng Guanliang i Yang Wenjun, miałem drugą, startującą na 1000 metrów, składającą się z zawodnika 19-letniego i 40-letniego. Zabrakło im do brązowego medalu ułamków sekundy. Nie widzę więc powodów, by rezygnować z Grzybowskiego, chyba że on sam przyjdzie do mnie i powie, że nie daje już rady - wspomniał.

Ploch zaapelował o to, by dano mu czas na spokojną pracę.

- Proszę nie oczekiwać ode mnie wielkich wyników już w tym sezonie. Meng i Yang zajmowali 18. miejsce na świecie, gdy zaczynałem z nimi pracę. Doprowadzenie ich do złota olimpijskiego zajęło dokładnie 30 miesięcy. Proszę więc o trochę cierpliwości - zaznaczył.

Na igrzyskach w Tokio w 2020 roku kanadyjkarze będą walczyć o tylko dwa komplety medali: w C1 1000 oraz w C2 1000. Zmodyfikowano program po to, aby włączyć doń konkurencje w kanadyjkach kobiet, które w stolicy Japonii będą miały swój olimpijski debiut.

- Gdybym nie wierzył, że Polacy mogą zdobyć medal w Tokio, to nie podjąłbym się tej pracy. Będziemy tam walczyć o medale - podkreślił Ploch.

Dowiedz się więcej na temat: sport

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje