MŚ w piłce ręcznej. Polki wróciły do kraju

Medalu mistrzostw świata nie zdobyły, ale i tak bojową postawą na turnieju w Serbii zdobyły serca wszystkich Polaków! Piłkarki ręczne reprezentacji Polski wróciły dziś do kraju. Na Okęciu witały je tłumy. Podopieczne Kima Rasmussena są czwartą ekipą świata. Tak wysoko jeszcze nigdy nie byliśmy!

Ćwierćfinałowy bój z Francją, którym Polki przebiły się do wielkiej czwórki przejdzie do historii polskiego sportu. Drużyna bez wielkich gwiazd charakterem, hartem ducha i niesamowitą odpornością psychiczną potrafiła pokonać silne "Trójkolorowe".

Reklama


Smutek na twarzy i łzy w oczach - tak wyglądały nasze piłkarki ręczne po przegranym niedzielnym meczu z Danią o brąz mistrzostw świata. Trudno im się dziwić, bo przepadła szansa na historyczny medal "Biało-czerwonych" na mundialu. Niedosyt jest, ale i tak Polki sprawiły kibicom i, przede wszystkim samym sobie, mnóstwo radości po niezwykle udanym występie w Serbii, bo tylko w ten sposób należy ocenić, to czego dokonały. Mamy czwartą drużynę świata, co przed czempionatem wydawało się wynikiem nieosiągalnym.

- Dziewczyny ostatnie dwa dni, a może ostatni dzień to płakały. A tak naprawdę miały się z czego cieszyć. To, co zrobiły było fantastyczne - powiedział na konferencji prasowej już po przylocie Andrzej Kraśnicki, szef PKOl i ZPRP.

- Jest nam przykro, że nie zdobyłyśmy medalu. Chciałyśmy więcej, szczególnie dla ludzi, którzy nam w Polsce dopingowali. Dziękuję im za to - stwierdziła Karolina Kudłacz, kapitan reprezentacji Polski.

- Jestem dumny i szczęśliwy. Chciałbym podziękować kibicom, którzy nam dopingowali zarówno w Serbii, jak i w kraju. Mam nadzieję, że to będzie zaliczka na przyszłość - dodał selekcjoner Kim Rasmussen.

Trener "Biało-czerwonych" podziękował też swoim dziewczynom, które wszystkie siedziały na konferencji z misiami, za wspólny sukces.

- Nagrodzimy drużynę za ten wynik, choć medalu nie było. Jeśli chodzi o przyszłość to trener buduje zespół, a my mamy mu w tym pomóc - powiedział prezes Kraśnicki.

Na zakończenie konferencji do sali wjechał tort.

- Gdy jest się tak blisko podium, zawsze marzy się już o krążku. Pewnie całkowicie inaczej by wyglądało, jakbyśmy dzisiaj usiadły wszystkie razem i zaprezentowały brązowe medale na szyi. Ale może jeszcze nasz czas musi nadejść? - zastanawiała się w rozmowie z PAP Alina Wojtas.

Takiego samego zdania była Karolina Szwed-Orneborg, która w Polsce spędziła zaledwie kilka minut. Po przywitaniu się z kibicami i dziennikarzami, wsiadła wraz z trenerem Kimem Rasmussenem do samolotu do Danii. To właśnie tam wraz z mężem spędzi bowiem święta.

- Apetyt rośnie w miarę jedzenia i oczywiście pewien niedosyt pozostał, ale gdyby mi ktoś przed turniejem powiedział, że będziemy w półfinale, wzięłabym to w ciemno i jeszcze dopłaciła - śmiała się.

Do śmiechu Polkom nie było jednak w niedzielę. Po przegranym z Danią meczu o trzecie miejsce wróciły do hotelu i... płakały. Dopiero później zebrały się w jednym miejscu i obejrzały razem finał Brazylia - Serbia (22-20).

- Oglądało się go w takim towarzystwie bardzo dobrze. Gorzej dekorację. Było nam przykro, ale obiecałyśmy sobie, że następnym razem to my będziemy stały na podium - dodała Wojtas.

Polki wystąpiły na mistrzostwach świata po raz pierwszy od sześciu lat. Same nie wiedziały do końca, na co będzie je stać w Serbii. "Nie jedziemy z jakimiś konkretnymi celami, np. że mamy zdobyć tytuł. Będziemy koncentrować się na każdym pojedynczym meczu w grupie. Postaramy się wygrać też z potencjalnymi faworytkami. Damy z siebie wszystko i zobaczymy, dokąd nas to doprowadzi" - mówiła kapitan "Biało-czerwonych" Karolina Kudłacz.

Pozytywnej energii dodały naszym dziewczynom zwycięskie sparingi z Brazylią, która w Serbii zdobyła złoty medal. W końcu też coraz lepsze efekty przynosiła trzyletnia praca Kima Rasmussena. Kiedy Duńczyk obejmował polską reprezentację mówił, że za cel obrał sobie doprowadzenie do tego, żeby jego podopieczne regularnie występowały w imprezach rangi mistrzowskiej, a z czasem dołączyły do światowej czołówki.


Początki jego pracy nie były udane i tym bardziej należą się słowa uznania działaczom związku, że wytrzymali ciśnienie i, mimo słów krytyki, zostawili go na stanowisku. Pierwszym sygnałem, że była to słuszna decyzja było niespodziewane wyeliminowanie faworyzowanych Szwedek w rundzie play off eliminacji mistrzostw świata. To był moment przełomowy. Polki uwierzyły, że stać je na dużo. "Trener nauczył nas wygrywać. Tłumaczył, że musimy patrzeć na siebie, a nie zastanawiać się, jak zagrają przeciwniczki. Wyleczył nas z kompleksów. Już nie oglądamy się na inne zespoły" - tłumaczyła skrzydłowa naszej kadry Katarzyna Koniuszaniec.

Cel minimum serbskiego czempionatu, czyli wyjście z grupy, Polki osiągnęły bez większych problemów. Potencjał, jaki drzemie w tej reprezentacji, pokazały w 1/8 finału z Rumunią. Wyżej notowane rywalki niemal przez cały mecz prowadziły różnicą trzech, czterech goli. Końcówkę meczu "Biało-czerwone" rozegrały jednak fantastycznie, odwracając losy rywalizacji."To na razie jednorazowy wyskok. Trzeba potwierdzić klasę w meczu z Francuzkami - powiedział w rozmowie z INTERIA.PL były trener reprezentacji mężczyzn Bogdan Kowalczyk.

Wielki szacunek i uznanie w świecie szczypiorniaka Polki zdobyły po ćwierćfinałowym starciu z "Trójkolorowymi". Wicemistrzynie świata były długimi momentami bezradne, a świadczy o tym choćby to, że przez 14 minut nie potrafiły zdobyć gola. "Gang Rasmussena" odprawił z kwitkiem Francuzki osiągając najlepszy wynik w historii. "Zawodniczki jeszcze chodzą zaszokowane tym, co zrobiły. Boją się, że chyba narozrabiały w świecie piłki ręcznej" - stwierdził asystent trenera reprezentacji Antoni Parecki.

Mimo porażek z Serbią i Danią oraz braku medalu, to nasza drużyna została okrzyknięta rewelacją i czarnym koniem turnieju. W czym tkwi siła "Biało-czerwonych"? Przede wszystkim zmieniła się mentalność naszych dziewczyn, w czym ogromna zasługa Rasmussena. Duńczyk dba też o dobrą atmosferę w drużynie, co przekłada się na poczynania na boisku. Jednak najważniejszym atutem podkreślanym przez ekspertów, a także same zawodniczki jest zespołowość. "Wreszcie Polska ma drużynę, a nie dwie, trzy dobre zawodniczki" - zaznaczyła Karolina Kudłacz, jedna z najbardziej doświadczonych kadrowiczek. Kapitan "Biało-czerwonych wie, co mówi, bo występuje w reprezentacji od prawie 10 lat. "Pójdziemy za sobą w ogień" - dodała Karolina Szwed-Orneborg.

Nie ma wątpliwości, że w grze Polek jest jeszcze sporo mankamentów i trzeba wykonać jeszcze mnóstwo pracy, żeby je wyeliminować. Wynik w Serbii pokazał jednak, że warto wylać litry potu na treningach, a zdobyte doświadczenie na mundialu na pewno zaprocentuje w kolejnych ważnych meczach.

Autor: Robert Kopeć

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje