Sławomir Szmal: Dwie bramki przewagi? Dla mnie to mało

- To wielkie wydarzenie dla klubu, miasta i dla nas, zawodników i emocje będą odgrywały przeogromną rolę - mówi przed dzisiejszym meczem z Metalurgiem Skopje bramkarz mistrzów Polski Sławomir Szmal.

O godzinie 17 w Hali Legionów rozpocznie się rewanżowy mecz ćwierćfinału Ligi Mistrzów piłkarzy ręcznych - Vive Targi Kielce zagra z Metalurgiem Skopje. W pierwszym spotkaniu tydzień temu w Macedonii kielczanie wygrali 27-25. Zwycięzca awansuje do turnieju finałowego Ligi Mistrzów. Prawie 30 lat żadnej polskiej drużynie nie udało się dojść do finału najważniejszych rozgrywek na kontynencie.

Reklama

Leszek Salva: Po pierwszym meczu mówiłeś, że może w rewanżu może być trudniej. Gracie u siebie, macie dwie bramki przewagi - to gdzie tu większa trudność?

Sławomir Szmal, bramkarz Vive Targów Kielce: - Po pierwszej połowie dwumeczu mamy dwie bramki przewagi, ale pamiętamy pojedynek z nimi z zeszłego roku (w listopadzie kielczanie wygrali u siebie z Metalurgiem jednym golem - red.). Przegrywaliśmy już pięcioma golami i samo to świadczy o jakości tego przeciwnika. I w takim meczu jak dziś, w meczu takiej rangi trzeba utrzymać nerwy na wodzy, bo tu się może wszystko wydarzyć.

Metalurg może czymś Was jeszcze zaskoczyć? W dotychczasowych trzech meczach, choć wszystkie wygraliście, wahadło ani razu nie wychyliło się zdecydowanie w którąkolwiek stronę. To były wyrównane mecze. Ta wspomniana pięciobramkowa przewaga Metalurga w meczu w Kielcach i wasza tydzień temu w Skopje to ewenement.

- Właśnie o to chodzi - to są dwie równe drużyny. Forma dnia będzie decydować o wygranej. Akurat my jesteśmy w lepszej sytuacji, bo gramy u siebie i mamy te dwie bramki przewagi z pierwszego spotkania, ale dla mnie to jest mało.

Atmosfera na hali tym razem będzie wam sprzyjać, w Skopje był niezły kocioł. Oczekujesz tego samego od kieleckich kibiców?

- Nieeee (śmiech). Nasi kibice nie plują na przeciwnika, nie rzucają monetami i zapalniczkami w zawodników. I wcale tego od nich nie wymagam! Jedyne, czego bym sobie życzył - to żeby było głośno.

Czujesz, że Final Four jest już bardzo blisko...

- W ogóle o tym nie myślę. Koncentruję się tylko na meczu z Metalurgiem. I nic więcej mnie nie interesuje.

Lino Ćervar, trener Metalurga może jeszcze coś wymyślić? To jeden z najlepszych trenerów w Europie.

- Nic nie wymyśli. Spodziewam się tego samego, co jego zespół prezentował do tej pory. Będą grali bardzo mocno w obronie i z tego będą chcieli pociągnąć kontratak, a jeżeli im się to nie uda, to w ataku pozycyjnym będą grać długo i konsekwentnie do dobrej pozycji rzutowej, bo to pokazali w każdym z tych trzech meczów.

Nie masz obaw, że możecie się spalić psychicznie? Stawka jest bardzo duża...

- Jesteśmy bliżej, ale niczego nie można obiecywać przed meczem. Nawet tego, że się nie spalimy. To wielkie wydarzenie dla klubu, miasta i dla nas, zawodników i emocje będą odgrywały przeogromną rolę.

I naprawdę nie myślisz o tym, że powrót do Lanxees Arena w Kolonii jest w zasięgu ręki...?

- Mówisz o mistrzostwach świata w 2007 roku? Ja potem grałem już w Kolonii Final Four Ligi Mistrzów z Rhein Neckar Loewen i już wtedy poczułem jeszcze raz tę atmosferę. Finał Ligi Mistrzów to inna impreza niż mistrzostwa świata. Grasz z samymi najlepszymi, a mimo to nic nie jest przesądzone, wszystko może się zdarzyć. To coś niebywałego, 19 tysięcy ludzi, niesamowita aura tego turnieju, czujesz ogromne emocje, ale nie czujesz się na pozycji skazanego, bo każdy ma szansę. Dlatego chciałbym tam znowu pojechać.

Rozmawia Leszek Salva

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje