Mistrzostwa świata 2014

Robert Gadocha i dolary Argentyńczyków na MŚ w 1974 roku

Najpierw był cud na Wembley. Pewni siebie Anglicy zostali skarceni przez Jana Domarskiego i Jana Tomaszewskiego. Potem o sile Polaków przekonał się cały piłkarski świat. 40 lat temu "Biało-czerwoni" byli trzecią drużyną mundialu. Czy to możliwe, że nie wszyscy nasi piłkarze grali do jednej bramki?

23 czerwca 1974 roku, ostatnia kolejka grupy D mistrzostw świata. Polska, po zwycięstwach nad Argentyną (3-2) i Haiti (7-0) ma już pewny awans do kolejnej rundy. Na Neckarstadion w Stuttgarcie prawie 69 tysięcy widzów. Rywalami Polaków są Włosi, wicemistrzowie globu sprzed czterech lat.

Reklama

W tym samym czasie na Stadionie Olimpijskim w Monachium Argentyna gra z Haiti. Zwycięstwo nic "Albicelestes" nie da. Aby pozostać w grze na mundialu, muszą dodatkowo liczyć na porażkę Włochów w Stuttgarcie.

Kazimierz Górski spokojnie śledzi mecz z ławki rezerwowych. Po jego lewej ręce młody Andrzej Strejlau, z nienagannie zaczesanymi ciemnymi włosami, z drugiej strony Jacek Gmoch. Jeszcze bez flamastra, za to w szpanerskich okularach przeciwsłonecznych. Równie efektownych, jak gra "Biało-czerwonych"...

W 38. minucie Henryk Kasperczak miękko, precyzyjnie dośrodkował w pole karne, do piłki wyskoczył Andrzej Szarmach i perfekcyjną "główką" przelobował Dino Zoffa. Jeszcze przed przerwą padł kolejny gol dla Polski. Ponownie w roli podającego wystąpił Kasperczak. Tym razem dograł na szesnasty metr do Kazimierza Deyny, a ten huknął tuż przy słupku podwyższając na 2-0.

Nie tylko jabłka dla "Biało-czerwonych"

Na pięć minut przed końcem meczu kontaktową bramkę zdobył Fabio Capello, ale nic ona nie dała Włochom. Wicemistrzowie świata przegrali 1-2 i wobec zwycięstwa Argentyny nad Haiti 4-1 odpadli z mundialu. Zachwyceni wygraną Polaków, która przedłużyła ich pobyt w RFN, Argentyńczycy przesłali w podzięce naszym piłkarzom skrzynki pełne soczystych jabłek.

Trzydzieści lat po wielkim mundialu "Biało-czerwonych" wyszło na jaw, że Argentyńczycy przed meczem postanowili zadbać o motywację Polaków i bynajmniej nie posłużyli się bogatymi w witaminy owocami. Stawka dla zespołu z Ameryki Południowej była poważna, dlatego w grę miały wejść pieniądze.

"Argentyńczycy ustalili, że każdy zawodnik i dwaj trenerzy ze swojej premii za zakładany awans do drugiej rundy oddadzą Polakom po tysiąc dolarów. W sumie 24 tys. dolarów. Do przekazania ich zobowiązał się Ruben Ayala" - wspominał w rozmowie z "Przeglądem Sportowym" Grzegorz Lato.

Pośrednikiem między reprezentacjami miał być Iggy Boćwiński, urodzony w Argentynie syn polskich emigrantów. Pod koniec lat 60. zaczął pracę w Polsce, w oddziale linii lotniczych PanAm. Interesował się futbolem, któregoś dnia, jak utrzymuje, poznał Roberta Gadochę.

Boćwiński w przeprowadzonej dziesięć lat temu rozmowie z "Super Expressem" przyznał, że w grę wchodziło 18 tysięcy dolarów. Sześć miał przywłaszczyć sobie za fatygę Ayala. "Kiedy po raz pierwszy spotkałem się z argentyńską drużyną, nikt mi tam nie ufał. W sumie nie ma się co dziwić, nie znali mnie przecież. Kazali mi przynieść pismo od Gadochy, że rzeczywiście zgadza się na ten układ" - wspominał Boćwiński.

"Robert zachował pieniądze dla siebie"

Przy dzisiejszych zarobkach piłkarzy suma rzędu 18 czy nawet 24 tysięcy dolarów nie rzuca na kolana, ale przed czterdziestoma laty w realiach Polski Ludowej to była fortuna. Wystarczy wspomnieć, że oficjalna premia dla naszych piłkarzy wynosiła po 40 dolarów na głowę.

Boćwiński: "Robert zachował pieniądze dla siebie. Zresztą zaskoczył mnie tym zupełnie. Kiedy wręczałem mu torbę, zapytałem, jak zamierza podzielić kasę. Wtedy powiedział: 'Wiesz co, nie mów nic chłopakom. Nasza strategia na mecz z Włochami i tak była taka, żeby wygrać'. Byłem bardzo zaskoczony taką postawą Gadochy".

Zaskoczeni byli też koledzy z boiska wybitnego skrzydłowego, chociaż o najgłośniejszej "polskiej" aferze w historii mundialu dowiedzieli się dopiero po latach. W mocnych słowach zachowanie Gadochy skomentował na łamach "Przeglądu Sportowego" Jan Tomaszewski:

"Powiedziałem, że nigdy już nie podam mu ręki. Mam do niego wielkie pretensje nie tylko o te pieniądze, ale i ze względu na to, że z tego powodu to na pewno nie mógł skupić się na grze. Przecież on cały czas musiał myśleć, co się stanie, jeśli go złapią. W takim przypadku czekałaby go dożywotnia dyskwalifikacja" - podsumował były bramkarz reprezentacji.

"Byłem czysty jak łza"

Gadocha, w odróżnieniu od kilku innych "Orłów" Górskiego, nie przebił się do świata mediów czy struktur polskiej piłki. Przed laty wyjechał z kraju i osiadł w USA. Sprawa rzekomej łapówki, jaką miał przyjąć od Ayali, wybuchła, kiedy nie było go już w Polsce. "Piłat" długo nie odpowiadał na zarzuty kolegów z boiska, wreszcie, przed rokiem, przerwał milczenie.

W rozmowie z Rafałem Hurkowskim z Polsatu Sport Gadocha wszystkiemu zaprzeczył: "Moje nazwisko zostało wykorzystane. Zresztą wystarczy prześledzić moją karierę - nie ma tam ani krzty informacji o ustawianiu meczów czy o jakichkolwiek innych przekrętach. Byłem czysty jak łza! Zawsze koncentrowałem się tylko na grze. Taka była moja praca" - przyznał były reprezentant Polski.

Gadocha ma żal o zszarganie jego nazwiska. Zastanawia się, dlaczego sprawa wyszła dopiero po 30 latach od zakończenia pamiętnego mundialu: "Tu są same nieścisłości - ponoć miałem przekazać te pieniądze żonie na jakimś spacerze... A my przecież byliśmy tam skoszarowani! Nie mieliśmy możliwości wyjścia z hotelu. Zawsze ktoś przy nas był. Na spacery wychodziliśmy jedynie całą drużyną. To się wszystko wzajemnie wyklucza" - dodał jeden z najlepszych skrzydłowych świata lat 70.

Słowo przeciwko słowu

W 1974 roku Polska osiągnęła największy sukces w historii występów na mistrzostwach świata, walcząc zaciekle o finał imprezy z gospodarzami, a następnie bijąc broniących tytułu Brazylijczyków w meczu o brąz. Osiem lat później kadra Antoniego Piechniczka powtórzyła to osiągnięcie, meldując się na podium turnieju w Hiszpanii.

40 lat temu o sile "Biało-czerwonych" przekonali się giganci światowego futbolu. Lato, z siedmioma bramkami, był królem strzelców, dwie mniej zdobył Szarmach. W obronie błyszczał zaledwie 20-letni Władysław Żmuda, w środku boiska Deyna, a na skrzydle Gadocha. Nazwiska tych i innych znakomitych polskich piłkarzy kibice wymieniali jednym tchem.

Po latach pozostała nam legenda. Mecze, do których co jakiś czas wracamy, spragnieni sukcesów reprezentacji Polski. Szkoda, że za legendą ciągnie się smród skandalu, który pewnie nigdy nie zostanie wyjaśniony. Słowa Ayali, powtórzone w Polsce przez Latę, kontra wersja Gadochy. Komu uwierzyć?

Autor: Dariusz Jaroń

Najlepsze tematy