Anglia - Polska: alibi dla Fornalika

Przegrany mecz na Wembley był tylko potwierdzeniem faktu, że piłkarska reprezentacja Polski nie jest drużyną. A to źle świadczy przede wszystkim o selekcjonerze.

Pytanie: co zbudował Waldemar Fornalik, znalazło oczywistą odpowiedź wobec 85 tys. ludzi na Wembley, wśród których gardła zdzierało ponad 20 tys. fanów z Polski. To wręcz niewiarygodne, że porażka na Ukrainie przekreślająca ostatecznie wszelkie szanse na brazylijski mundial, nie zniechęciła kibiców do tak kosztownej wyprawy za drużyną. Słowo "drużyna" jest jednak w przypadku reprezentacji Polski tylko pustym terminem. Nie chodzi o brak zaangażowania w grę, czy ambicji, ale o to, co nasi piłkarze robią na boisku. Na Wembley zobaczyliśmy kilka indywidualnych zrywów, parę brawurowych szarż Lewandowskiego, Błaszczykowskiego, czy Mierzejewskiego, ale gracze Fornalika kompletnie nie stanowili całości, jakby pierwszy raz spotkali się na murawie.

Taktyka z epoki kamienia łupanego


Nietrudno było wbiegać na pełnej szybkości w wolne strefy boiska, pozostawione przez Anglików, którzy szli do przodu potrzebując zwycięstwa. Wyglądało to nawet efektownie, tyle, że to jest taktyka rodem z epoki kamienia łupanego. Polacy nie potrafią szybko wymienić podań, nie są zorganizowani w ataku pozycyjnym, czekają na okazję do kontry, tej odwiecznej broni, która ponoć zrobiła dla naszej piłki tyle dobrego. Dziś starcza do czwartego miejsca w grupie kwalifikacyjnej, czyli czegoś, co trzeba nazwać futbolowym dnem dla kraju liczącego 38 mln mieszkańców.

Brak zgrania i zorganizowania drużyny najboleśniej ujawnia się w defensywie. Polacy stracili 12 goli, podczas gdy liderzy grupy H Anglia i Ukraina zaledwie po cztery. Kiedy Polacy nie mają piłki, a zwykle jej nie mają, bo przecież czekają na okazję do kontry, biegają za rywalami bez ładu i składu. A to ktoś się z kimś zderzy, a to ktoś wybije piłkę tak, że więcej z tego szkody niż pożytku. Stopień dezorganizacji w grze Polaków woła o pomstę do nieba. Trudno znaleźć przykłady schematów wypracowanych od perfekcji. Po 10 meczach eliminacyjnych kibic nie ma pojęcia, co było celem trenera? Jaki był choćby zalążek jego pomysłu na zwycięstwa?

Nie tylko Fornalik zawinił


Fornalik nie jest tu oczywiście jedynym winnym. Jest tylko kolejnym szkoleniowcem niedającym sobie rady z trudną materią. Jak stworzyć zespół z nie najgorszej przecież klasy jednostek, głowiło się przed nim bezskutecznie kilku innych trenerów. Jak sprawić, by za kilka lat Robert Lewandowski nie został smutnym symbolem porażki pokolenia mającego mimo wszystko spore możliwości, które w drużynie narodowej zostały zaprzepaszczone do cna?

Te pytania prowadzą do najważniejszego: kto powinien stanąć na czele reprezentacji Polski? Z wielu opinii przytoczę dwie najbardziej kuriozalne, które oddają sposób myślenia tak zwanego środowiska. Oczywiście dotyczą trenera z zagranicy, czyli obsesyjnego lęku polskiej myśli szkoleniowej przed stratą ostatniego przyczółku. Jeden z rozmówców w TVP argumentował, że lepiej, aby Fornalik został, bo on już zna wady naszych graczy. Jego następca, zanim się ich nauczy, przegra eliminacje Euro 2016. A więc zostawmy Fornalika, żeby nie było gorzej? To ma być argument w obronie szkoleniowca, który dał się wyprzedzić w grupie eliminacyjnej aż trzem innym zespołom? W tym liczącej pół miliona ludzi Czarnogórze?

Błyskotliwy wywód eksperta


Inny argument dotyczy bezpośrednio trenera z zagranicy. Ktoś brawurowo dowodził w telewizji publicznej, że jeśli już, to powinien to być specjalista z absolutnego topu, by dawał gwarancję sukcesu. "Czy stać nas na selekcjonera oczekującego 3-4 mln euro za rok? Nie!" - zakończył się błyskotliwy wywód. A więc niech pracuje Fornalik, lub inny zdolny trener z Ekstraklasy, bo ich oczekiwania finansowe są na odpowiednim poziomie?

Reklama

Gdyby futbol był tylko kwestią kasy, Real Madryt wygrywałby Ligę Mistrzów co 12 miesięcy. Po każdej porażce reprezentacji Polski padają argumenty o tym, że nasz futbol jest na sukces za biedny. To bzdura. Kluby Ekstraklasy mają budżety znacznie wyższe, od rywali, od których w europejskich rozgrywkach biorą lanie. Jeśli patrzymy na klubowe kariery obecnych reprezentantów kraju, dają one nadzieję na coś więcej niż tylko wygrane z San Marino. Problem w tym, by ktoś poprowadził tych graczy, porwał ich tak jak Leo Beenhakker zaraz po przyjeździe do Polski, dając impuls do wyjścia na wyższy poziom. To nie musi być obcokrajowiec, ale ktoś emanujący wiarą we własne możliwości. 

Okres polskiej smuty

Polski futbol jest smutny, obolały porażkami na wszystkich frontach. Mimo słabiutkiej gry, drużyna Fornalika dotrwała do dwóch ostatnich kolejek rozgrywek kwalifikacyjnych z szansami na awans. Szanse okazały się jednak jak zwykle tylko iluzjami. W meczach z Ukrainą i Anglią trzeba było zwycięstw, tymczasem Polacy nie zdobyli w nich bramki. Pomijając więc nawet kuriozalne kiksy w obronie, te eliminacje nie miały prawa zakończyć się lepiej. Czy są przesłanki, by twierdzić, że kontynuacja tego, co przeżywaliśmy przez ostatni rok ma jakikolwiek sens? Że prowadzi do czegoś?

Ja tych przesłanek nie widzę. Nie widzę sensu w masochistycznym pławieniu się w przekonaniu, że polska piłka jest za biedna, zbyt zacofana i archaiczna. Gra reprezentacji Polski była w ostatnich latach przede wszystkim odzwierciedleniem marazmu w myśleniu. Każdy kolejny selekcjoner chował się za paranoicznymi argumentami, że polscy piłkarze są za słabi na choćby namiastkę sukcesu. Jeśli trener uważa, że ma za słabych graczy, niech szuka pracy w Hiszpanii!

Fornalik nie zasłużył na dalszą pracę z kadrą

Kiedy Beenhakker mawiał, że przechodzi z drużyną na jasną stronę Księżyca, pękaliśmy ze śmiechu. Ale po obejrzeniu meczów z Portugalią, a potem z Serbią, czy Czechami, poczuliśmy, że ten zabawny, starszawy Holender widzi coś, czego przeciętny kibic nie dostrzega. Nieważne, czy fani podzielają racje i optymizm selekcjonera, ważne by przynosiły one skutek na boisku. Polskiej drużynie trzeba kogoś z ikrą, z doświadczeniem i wiedzą. A nie grzecznych, dobrze wychowanych i gładko uczesanych trenerów, dla których wyprawa na Wembley jest lotem do innej galaktyki.

Nasz futbol ma swoje ograniczenia. Selekcjoner nie powinien traktować ich jednak jako alibi, ale wyzwania. To normalne, że Fornalik chciałby pracować z reprezentacją dalej, tylko czym na to zasłużył? Mając w kadrze trzech piłkarzy, którzy grali w ostatnim finale Champions League, zajął czwarte miejsce w grupie z przewagą dwóch punktów nad Mołdawią.

Dyskutuj na blogu autora

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje