Bartosz Bosacki: Mistrzostwa świata nas zaskoczyły

Bartosz Bosacki to ostatni piłkarz, który strzelił gola dla reprezentacji Polski na mistrzostwach świata. „Biało-Czerwoni” nie wyszli wtedy z grupy i po latach dowiadujemy się, czego w ich przypadku nie dopilnowano. - Ja nie zdawałem sobie sprawy, że to wszystko tak wygląda, chociaż grałem w eliminacjach, europejskich pucharach, Ekstraklasie czy Bundeslidze. Może powinien z nami być psycholog – przyznał Bosacki, który grał w kadrze na mundialu w Niemczech w 2006 roku.

El. MŚ: wyniki, terminarz, strzelcy, gole

Reklama

Adrianna Kmak, Interia: Ktoś z reprezentacji Polski, po tych 12 latach od pana dwóch goli w meczu z Kostaryką, w końcu chyba trafi do bramki rywala na mundialu.  

Bartosz Bosacki, były reprezentant Polski: - Bramki są najmniej ważne w tym wszystkim. Najważniejsze, że reprezentacja jest na mistrzostwach. Mam nadzieję, że ktoś będzie miał okazję w jednym meczu też zdobyć dwie bramki i efekt na tych mistrzostwach będzie lepszy od naszego w 2006 roku.

Spodziewał się pan, że tyle będziemy musieli czekać, żeby znowu móc zagrać na mundialu?

- Nie. Uczestniczyłem w kolejnych eliminacjach i chciałem, żeby to było po czterech latach, ale się nie udało. Liczę na to, że to miejsce, które reprezentacja zajmuje dzisiaj w rankingach czy sposób, w jaki zdobyła ten awans, pokaże, że mamy szanse w takich dużych imprezach uczestniczyć co cztery lata.

Jakie to jest uczucie strzelić gola na mistrzostwach świata?

- Fajne (śmiech). Telefony się rozdzwoniły. Tego mi nikt nie zabierze. Zresztą pewnie dlatego dzisiaj rozmawiamy. To było wydarzenie, szczególnie dla mnie, bo w lidze jakoś dużo tych bramek nie zdobywałem. Udało mi się strzelić dwa gole w jednym meczu i to na takiej imprezie. Było to dla mnie wydarzenie, ale ja już wielokrotnie podkreślałem, że na chłodno do tego podchodziłem. Zostałem wybrany najlepszym zawodnikiem meczu, ale bardziej zadowolony byłem z gry i zadań, które mi powierzono jako obrońcy w spotkaniu z Niemcami (Polska przegrała 0-1 - przyp. red.). Miałem więcej pracy i mogłem pokazać więcej umiejętności piłkarskich. Z Kostaryką strzeliłem dwa gole i do dzisiaj się o tym mówi. Mam nadzieję, że nadal się będzie mówić i ktoś będzie jeszcze o nich pamiętał.

Przynajmniej do czerwca na pewno.

- Myślę, że w czerwcu tych strzelców będzie więcej i będziemy się mogli cieszyć z większej liczby bramek. Ja zawsze podkreślałem, że te moje dwie bramki były łyżeczką cukru z bardzo gorzkiej herbaty, bo nie udało się osiągnąć sukcesu, który sobie zaplanowaliśmy. Nikt mi tych bramek nie zabierze, ale pewnie byłoby lepiej, gdyby na przykład dawały one awans z grupy do kolejnego etapu.

Co według pana jest w tej reprezentacji, że osiąga takie wyniki? Pominę klasę zawodników itd. U was też miał kto grać, ale nie udało się osiągnąć dobrego rezultatu na mundialu.

- Jest wiele składowych tego sukces i postawy reprezentacji. Na pewno, tak jak pani wspomniała, potencjał i jakość piłkarzy w drużynie. Jest trener Nawałka, który z mojej perspektywy, wykonuje fajną pracę i dobrze to wszystko wygląda. Buduje atmosferę, która jak już od dawna wiadomo, jest bardzo potrzebna, żeby osiągać sukces. Ważne też jest doświadczenie w dużych imprezach, które ta kadra ma. Osiągnęliśmy najlepszy wynik, jeśli chodzi o ostatnie lata na mistrzostwach Europy. My pojechaliśmy najpierw do Korei, a później za cztery lata do Niemiec i tego doświadczenia nie było. Patrząc nawet na siebie, to ja nie zdawałem sobie sprawy, że to wszystko tak wygląda, chociaż grałem w eliminacjach, europejskich pucharach, Ekstraklasie czy Bundeslidze. Nie miałem doświadczenia i to było coś, co mnie zaskoczyło. Myślę, że nie tylko mnie. Niewiedza związana z tym, jak wygląda atmosfera i gra na mistrzostwach, trochę nas zaskoczyła i to też miało wpływ na wynik. Nasi piłkarze posmakowali gry na mistrzostwach Europy i teraz pojadą na mistrzostw świata. Wierzę w to, że wynik może być naprawdę fajny.

Co jest największą  siłą reprezentacji Adama Nawałki?

- Przede wszystkim to, że wykorzystuje się jej potencjał. Poza tym jeden za drugiego chce w cudzysłowie "umierać" i dlatego mamy dzisiaj taką drużynę. Ktoś złapie kontuzję, piłkarze się za nim wstawiają, manifestują wsparcie. Mam na myśli Milika i pewnie teraz będzie to też Łukasz Piszczek. To wszystko zaczyna się gdzieś tam na górze. Myślę o trenerze Nawałce, ale też Zbigniewie Bońku, który od czasu, kiedy jest prezesem PZPN, dużo dla polskiej piłki zrobił. Wielu kibiców może tę pracę docenić. Pewnie komuś się coś może nie podobać, tacy się zawsze znajdą, ale patrząc moim okiem, byłego piłkarza, kogoś kto w tym środowisku przebywał, widzę dużą różnicę na plus, jeśli chodzi o PZPN i reprezentację.

W czym konkretnie widzi pan te plusy?

- O rany, o tym by można mówić i mówić. To jest cała masa rzeczy. Podstawowe to, że atmosfera jest zupełnie inna. Ranga wielu rozgrywek też wzrosła. Mowa o samej Ekstraklasie, a szczególnie o Pucharze Polski. Kiedyś finały były rozgrywane na małych stadionach, dzisiaj mamy określony dzień, Stadion Narodowy i ta otoczka wizerunkowa jest dużo lepsza. Te małe elementy budują  odbiór kibiców i odbiór samej reprezentacji, która jest tym najważniejszym tworem PZPN-u. Jest cała masa takich rzeczy organizacyjnych, które się zmieniły, przede wszystkim podejście.

Podejście do zawodników i kibiców?

- Tak, ale też do ludzi, którzy pracują w związku i wokół  niego. Mowa np. o sponsorach, których się pojawiło znacznie więcej niż wcześniej. To w dzisiejszych czasach też jest ważne.


Co jest takiego jest w mistrzostwach świata, że mogą aż tak bardzo zaskoczyć piłkarza?

- Przede wszystkim rzadko się zdarza, że drużyna jest ze sobą przez 30 dni. My byliśmy 30 dni, a nie wyszliśmy z grupy. Mogło to być znacznie dłużej. Jest się zupełnie odizolowanym od świata zewnętrznego. Może tego nie widać, bo wszyscy kibice obserwują jak zawodnicy przyjeżdżają na stadion, ale w trakcie turnieju w Niemczech było tak, że siedzieliśmy zamknięci w hotelu. Każdy przejazd był eskortowany. Za każdym autobusem, który jechał na mecz, leciał helikopter. To buduje atmosferę, z którą trzeba sobie poradzić. Wydaję mi się, że ludzie, którzy dzisiaj pracują w reprezentacji wiedzą o tym. Tamta kadra może i też wiedziała, ale wszystkie rzeczy, które były potrzebne, nie zostały zapewnione. Może powinien z nami być psycholog, który nie tyle co prowadziłby indywidualne sesje z zawodnikami, ale obserwował całą drużynę i to, co się dzieje.  Czy ktoś jest w lepszej, gorszej dyspozycji mentalnej. Ja zawsze powtarzam, że wszystko kończy się i zaczyna w głowie. Ta głowa musi być naprawdę dobrze przygotowana do meczu.

Wam tego przygotowania i atmosfery brakowało? Trener Nawałka mówi o przygotowaniu mentalnym praktycznie na każdej konferencji.

- To jeden z elementów, który w tej reprezentacji myślę, że fajnie funkcjonuje i tę drużynę tworzy. Trener Nawałka i każdy selekcjoner reprezentacji nie jest tam po to, żeby uczyć piłkarzy grać w piłkę, bo powołuje najlepszych. Musi stworzyć drużynę, która będzie realizować założenia taktyczne, przećwiczy je, ale też przygotować głowy zawodników, żeby ich myśli nie krążyły gdzieś naokoło. Patrząc na tych chłopaków widać, że mają jeden cel i chcą wygrywać. Patrząc na minę Roberta Lewandowskiego po ostatnim meczu, widać, że tam kipi ambicja i chęć zwyciężania. Cieszył się z sukcesu, ale raczej nie z tego, że ostatnie 10 minut było nerwowe, a reprezentacja pozwoliła sobie na takie rozprężenie. Przy złym zbiegu okoliczności, to mogło zniweczyć całą pracę w eliminacjach.

Lewandowski w mocnych słowach wypowiadał się po meczu z Czarnogórą. Zwracał uwagę zwłaszcza na niezbyt silną ławkę rezerwowych. To rzeczywiście problem naszej kadry?

- Nie wiem, czy Robert akurat to miał na myśli. To jest teraz tak podciągane po wywiadzie, jakiego udzielił na temat Bayernu Monachium. Moim zdaniem trener Nawałka dobrze układa tę reprezentację. Każdy z 23 powołanych może zagrać na wysokim poziomie. Myślę, że nikt nie odstaje. Większym problemem Nawałki  było to, że musiał "żonglować" tym składem po kontuzji Łukasza Piszczka. Dwóch zawodników zgłosiło mu też problemy w przerwie spotkania (z Czarnogórą - przyp. red.) i musiał uważać ze zmianami pod koniec gry.

Pamiętam pan jakie emocje towarzyszyły wam przy okazji awansu na mundial w 2006 roku? Euforia była większa niż teraz?

- Myślę że można to zestawić na podobnym poziomie. Zawsze podkreślam, że życzę każdemu sportowcowi, żeby mógł zagrać na imprezie takiej rangi i przeżyć to, że w obcym państwie, wychodzi się na stadion, gdzie dwie trzecie to Polacy, śpiewa się hymn i ma się świadomość, że patrzy na to cały świat. To naprawdę jest przeżycie. To moment, do którego się dąży i myślę, że każdy sportowiec tak do odbiera.

Dla pana wyjazd na mistrzostwa świata był spełnieniem marzeń, jeśli chodzi o karierę piłkarską?

- Tak. Zrobiłem wszystko, żeby na te mistrzostwa pojechać. Zdawałem sobie sprawę, że nie jestem podstawowym zawodnikiem, tylko tym, który siedzi na ławce, czasami z niej wchodzi, ale też może wylądować na trybunach. Wiedziałem, że może być różnie, ale chcąc pojechać , specjalnie wróciłem z Niemiec, żeby grać więcej i się tam dostać. Nawet Robert Lewandowski często powtarza, że o tym marzy się od dziecka. Też takie marzenie miałem i fajnie, że udało się je zrealizować.

Rozmawiała Adrianna Kmak



Dowiedz się więcej na temat: Bartosz Bosacki | reprezentacja Polski | MŚ 2018 w Rosji

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje