Strach ma wielkie oczy

Najbardziej kuriozalny w grupie H eliminacji mistrzostw świata w Brazylii jest fakt, że mimo tak mizernej postawy piłkarska reprezentacja Polski na dwie kolejki przed końcem wciąż zachowała szanse na pierwsze miejsce. Grzechem byłby własnoręcznie je unicestwić.

Sprawdź sytuację w "polskiej" grupie eliminacji MŚ

Reklama

Debata nad kryzysem w angielskiej piłce jest ściśle związana z punktem odniesienia. Jeśli na Anglików patrzą Hiszpanie, Włosi, Brazylijczycy, albo Niemcy może im się wydawać, że odwieczny rywal już dawno nie był tak słaby. Zapaść wyspiarskiego systemu szkolenia da się scharakteryzować dwiema liczbami podanymi niedawno przez Daily Telegraph. W kraju aktualnych mistrzów świata jest aż 12 720 trenerów z licencją UEFA klasy A, w Anglii zaledwie 1161. Ponad 10 razy mniej!

Kiedy jednak na angielski futbol patrzy Polak, ma prawo mu się wydawać, że nad imperium słońce wciąż nie zachodzi. Samo porównanie Premier League do Ekstraklasy wywołuje długotrwały atak pustego śmiechu u bezstronnego obserwatora. To nic, że siłą ligi angielskiej są gwiazdy zaciężne sprowadzane z wszystkich stron świata, Anglia wciąż ma piłkarzy rozpoznawalnych pod każdą szerokości geograficzną.

35-letni Frank Lampard i 33-letni Steven Gerard są liderami wielkich drużyn, które sięgały po zwycięstwa w Champions League. Choć mieli być fundamentem złotego okresu angielskiej kadry, nie zagrali w niej razem nawet jednego wybitnego meczu. Nasze rozterki związane z Robertem Lewandowskim, to przy angielskich małe miki. Wayne Rooney, czyli ten, który w wieku 16 lat zapowiadał się na białego Pele, dziś tylko od czasu do czasu odkleja się od ławki rezerwowych Manchesteru United. Nawet Joe Hart lansowany na spadkobiercę Gordona Banksa, zachowuje się ostatnio między słupkami wyjątkowo nieporadnie.

Mimo wszystko, gdy Anglicy wywieźli wczoraj z Ukrainy bezbramkowy remis, co tak naprawdę było dla nich bardzo dobrym wynikiem, światowe media uznały to za niespodziankę. Ze względu na historię, pozycję, status, ojczyzna futbolu wciąż jest postrzegana, jako futbolowe mocarstwo. "My Brytyjczycy wymyśliliśmy większość rzeczy, które powinny zostać wymyślone, nie wyłączając dyscyplin sportu podbijających dziś cały świat" - powiedział niedawno premier David Cameron.

Wyspiarskie samozadowolenie jest jak skała, choć od 1966 roku piłkarska reprezentacja Anglii nie zdobyła medalu mistrzostw świata. Przeszło pół wieku klęsk i rozczarowań nie dało nikomu do myślenia. A może jednak da do myślenia, na przykład Waldemarowi Fornalikowi?

Nie chodzi o to, by klasę Anglików umniejszać, szczególnie na papierze. Idzie o to, by pojechać na Wembley z przeświadczeniem, że nie jest to twierdza niezdobyta. U nas strach przed Anglikami wciąż ma wielkie oczy, remis z nimi na Stadionie Narodowym, odebraliśmy jako spory sukces i zapowiedź lepszych czasów. Tymczasem zespół prowadzony przez Roya Hodgsona umiał pokonać w tych eliminacjach tylko Mołdawię i San Marino. Czyli grał niemal tak samo mizernie i bez wyrazu, jak reprezentacja Polski. Piłkarze Fornalika przebili resztę może tym, że zdołali stracić gola nawet w starciu z ostatnią drużyną rankingu FIFA. I to po stałym fragmencie gry.

Najbardziej prawdopodobny scenariusz jest taki, że Anglicy wygrają dwa najbliższe mecze z Czarnogórą oraz Polską i zarezerwują bilety na lot do Brazylii. Sromotny los obu rywali drużyny Hodgsona nie musi być jednak absolutnie przesądzony. Trzeba tylko uwierzyć w to, co już od dawna wiedzą zespoły z czołówki. Że Anglicy przestali do niej należeć, na dodatek Szkoci, Irlandczycy Płn. i Walijczycy ugruntowali swoją pozycję dostarczycieli punktów. Brytyjczycy wymyślili futbol, ale strasznie go ostatnio zaniedbali.

Jasne. O kryzysie w polskiej piłce można by pisać znacznie dłużej. Od 1986 roku nasza reprezentacja zagrała na czterech wielkich turniejach (2002, 2006, 2008, 2012) wygrywając wyłącznie dwa mecze o honor. Niedawno na Stadionie Narodowym drużyna Fornalika dostała takie manto od Ukrainy, że nie sposób sobie nawet wyobrazić, by w rewanżu miała choć cień szansy zdobycia Charkowa. A to jest warunkiem koniecznym do awansu na brazylijski mundial. Dopiero po triumfie na Ukrainie mecz na Wembley może nabrać jakiegoś znaczenia.

Mistrz świat z 1986 roku Jorge Valdano przekonywał kiedyś, że futbolem rządzi tak naprawdę siła woli. Argentyńczykowi chodziło zapewne o rywali o zbliżonym potencjale - zwycięża najczęściej ten, kto czuje się mocniejszy w dniu pojedynku. Polscy piłkarze wszelkie powody do optymizmu zapomnieli już dawno. Nie wierzą w nich kibice, ani poprzednicy, którzy o klasie drużyny decydowali w przeszłości. Reprezentanci Polski nie wierzą w siebie sami. Stąd każda misja wydaje się im trudniejsza od poprzedniej, zakończonej niepowodzeniem.

Hiszpański tenisista Rafael Nadal przekonuje jednak, że tylko ktoś wyjątkowo nierozsądny sam skazuje się na porażkę. "Jeśli rozszarpią cię rywale na korcie, trzeba to przyjąć z godnością. Jeśli jednak swoje szanse grzebiesz sam, to pomyśl, czy w ogóle nadajesz się do rywalizacji".

Strach ma wielkie oczy, ale przezwyciężanie go jest rzeczą jeszcze większą. Może uda się to Fornalikowi i jego graczom, może nie. Najgorsze byłoby jednak uznać się za przegranych już teraz. Wtedy na pewno się nie uda i tradycyjnie skakać z radości będą rywale. Tymczasem my dostaniemy kolejne potwierdzenie, że narodowy pesymizm dotyczący naszych piłkarzy wyrósł na fundamencie ze skały.

Dyskutuj z autorem artykułu na jego blogu

Polacy mogą jeszcze wygrać te eliminacje!

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje