Możdżonek: Nie oddałbym innych medali za jeden olimpijski

Środkowy polskiej kadry siatkarzy Marcin Możdżonek nie oddałby trzech wywalczonych z reprezentacją medali - złota i brązu mistrzostw Europy i brązu Ligi Światowej za jeden olimpijski w Londynie. - Bo ten przecież mogę nadal zdobyć - zaznaczył.

PAP: Po powrocie z Toronto z pierwszego turnieju Ligi Światowej i pierwszego po 10 latach zwycięstwa nad Brazylijczykami w meczu o punkty powiedział pan, że jedna wygrana z Canarinhos jeszcze nic nie znaczy, a oni nie zagrali w najmocniejszym składzie. W niedzielę w Katowicach pokonaliście ich drugi raz. Powie pan to samo?

Reklama

Marcin Możdżonek: - Nadal mówię - poczekajmy. To nic nie znaczy. Teraz oczywiście była to mocniejsza Brazylia, ale i my byliśmy silniejsi. Oni są na tym samym etapie przygotowań co my. Liga Światowa to dla nas i dla nich tylko krok do najważniejszej imprezy sezonu i na tym powinniśmy się skupić. Oczywiście nie traktujemy żadnego meczu ulgowo i chcemy dotrzeć daleko, ale celem numer jeden jest olimpiada.

A kiedy powie pan, że zwycięstwo nad Brazylią to było "coś"?

- Jak coś przy tym ugramy. Coś wielkiego.

Na przykład medal olimpijski?

- Między innymi.

W turnieju olimpijskim chciałby pan zetknąć się z Brazylią dopiero w finale, czy teraz po tych zwycięstwach przestali być oni tacy straszni?

- To nie ma znaczenia. Zobaczymy co nam los przyniesie i jak ułoży się drabinka. Jedno jest pewne - nie położymy się i nie przestraszymy się żadnego przeciwnika. Jednak podejdziemy z pełnym szacunkiem do najmocniejszych rywali, ale też bez przesady. Takich zespołów jak my, z podobnym nastawieniem, będzie siedem, osiem. By stanąć na podium musi zagrać wiele elementów w tym samym czasie. To jest sport i niczego nie można przewidzieć.

Czy podoba się panu obecna formuła rozgrywania Ligi Światowej, czyli cztery turnieje w czterech różnych krajach? To oznacza również, że tylko raz gracie przed własną publicznością.

- Trudno powiedzieć. W Katowicach było idealnie - my zapewniliśmy sportowe emocje, a kibice zrobili wspaniałą oprawę. Tak w tym roku została ułożona Liga Światowa i nie od nas to zależało. Na pewno jest jeden tego plus - mamy więcej czasu na przygotowania do igrzysk, a to jest bardzo ważne.

Jak radzi pan sobie z aklimatyzacją? We wtorek wylatujecie do Brazylii, a w piątek gracie już pierwszy mecz.

- Jest to bardzo męczące, ale nie mamy wyjścia. Wszyscy mają takie same warunki i musimy sobie jakoś z tym radzić. Jest ciężko, to fakt. Trenerzy starają się również tak ułożyć treningi, by nie przeforsować nas. Musimy się też wspierać tabletkami nasennymi. Najgorszy zawsze jest trzeci dzień. Mimo wszystko trenujemy i staramy się robić wszystko normalnie, ale wtedy nigdy nic nikomu nie wychodzi.

To, że igrzyska odbywają się w Londynie, to plus dla reprezentacji Polski?

- Jakby tak popatrzeć na sukcesy polskiej siatkówki, to im dalej od kraju, tym lepiej. Ale myślę, że Londyn to zaleta. Chociażby z tego względu, że w Wielkiej Brytanii jest spora Polonia i liczymy na to, że trybuny się zapełnią.

Co pamięta pan najbardziej z olimpiady z Pekinu?

- Niestety są to złe wspomnienia. Najbardziej utkwił mi w pamięci ostatni gwizdek przegranego meczu ćwierćfinałowego z Włochami. Wtedy cały czar olimpiady prysł. To wydarzenie śniło mi się wielokrotnie. Jest to prawdziwa trauma dla sportowca, bo byliśmy tak blisko, a przegraliśmy przez dwie, w głupi sposób stracone piłki. Miłym akcentem, który nam jednak nic nie dał, była wygrana z Rosjanami. Czuliśmy wówczas dużą satysfakcję, ale tak jak mówiłem - to nic w porównaniu z goryczą porażki.

Rosjanie są nielubiani przez zawodników innych reprezentacji. Mówi się o nich, że są zarozumiali i pewni siebie. Tylko oni?

- Nie, nie tylko. Tacy są również Włosi. Jak się z nimi wygrywa, to satysfakcja jest dużo większa.

Zamieniłby pan swoje wszystkie medale na ten jedyny - olimpijski z Londynu?

- Nie, bo jeszcze mam duże szanse na jego zdobycie.

Jak podchodzi pan do tego, co się dzieje w Polsce wokół Euro?

- My będziemy na wyjeździe. Najpierw turniej w Brazylii, potem wyjazd do Finlandii, dlatego nas to w dużej mierze ominie. Mam nadzieję, że parę meczów obejrzę w telewizji, bo interesuję się piłką nożną. Jestem jednak zły na to, że największym zwycięzcą tego turnieju będzie UEFA. Oni zarobią na tym niebotyczne pieniądze.

Komu zatem będzie pan kibicował w trakcie Euro?

- Reprezentacji Niemiec. Podziwiam ich konsekwencję i żelazną dyscyplinę. Oczywiście poza Polską, bo chciałbym, żeby biało-czerwoni w końcu coś ugrali, a nie pokazali się tylko w trzech meczach. Chciałbym, by zaistnieli.

Teraz ma pan intensywny okres - Liga Światowa, potem igrzyska. A co później? Ma pan już jakieś plany?

- Między 24 a 27 sierpnia poprowadzę otwarte treningi dla dzieci w wieku 9-12 lat. Cele są dwa - popularyzacja aktywności fizycznej i oczywiście siatkówki. Inspiracją były campy organizowane przez Marcina Gortata. Organizatorem przedsięwzięcia jest Fundacja Citius, Altius, Fortius. Zbyt wielu szczegółów jeszcze nie ma. Rozważamy nadal dwa warianty - jeden, który ma polegać na treningu tylko dzieci, a drugi, by uczestniczyli w tym również rodzice.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje