Fenomen skoków narciarskich w Polsce - "kibice sukcesu" i nie tylko

Triumf Kamila Stocha w Turnieju Czterech Skoczni oglądało blisko osiem milionów widzów. Skąd bierze się aż taka popularność skoków w Polsce? Przecież skoczkowie to nie piłkarze. - Część fanów to oczywiście "kibice sukcesu". Ale są też inne przyczyny tego fenomenu - mówi w rozmowie z Interią socjolog sportu Radosław Kossakowski.

Miniona dekada należała w Polsce do Adama Małysza, potem pałeczkę przejął Kamil Stoch. W ostatnich latach dołączają kolejni, choćby Piotr Żyła, czy Maciej Kot. Nasi skoczkowie cieszą się w kraju ogromnym zainteresowaniem nie tylko wtedy, gry wygrywają, choć oczywiście zwycięstwa jeszcze tę popularność zwiększają.

Reklama

Dlaczego kibice w Polsce tak identyfikują się ze skoczkami, a nie z piłkarzami, siatkarzami czy lekkoatletami? - Piłkarze, którzy zarabiają olbrzymie pieniądze, są trochę oderwani od rzeczywistości. Żyją w pewnej "bańce": na trening, na mecz, do rezydencji, do hotelu. Skoczkowie są bardziej dostępni. Poza tym to nie są ludzie, którzy są w stanie kupić sobie porsche i odłożyć na całe życie. Dlatego są bliżsi zwykłym ludziom - mówi Kossakowski, socjolog sportu z Uniwersytetu Gdańskiego.

- Często piłkarze zaczynają zarabiać horrendalne pieniądze już w młodym wieku, za tym idą dziewczyny, dyskoteki... A w przypadku skoczków, większość po zakończeniu kariery będzie musiała iść do jakiejś pracy. Jeżeli nie dostaną propozycji z PZN-u, będą musieli znaleźć sobie inne zajęcie. Ich kariery w większości przypadków nie pozwalają na to, żeby finansowo odlecieć. To powód, że kibice chętniej się z nimi identyfikują, jako bliższymi sobie - dodaje nasz rozmówca.

Po dwóch słabszych sezonach "Biało-czerwoni" znaleźli się na szczycie, a fani w Polsce śledzą każdy ich ruch. - Zastanawiam się, czy ta popularność i oglądalność transmisji nie wynika trochę z faktu, że nasi zawodnicy są w czołówce. W literaturze czasem opisuje się to zjawisko jako "kibice sukcesu". Gdy się dobrze dzieje, kibicujemy, oglądamy, a gdy jest przeciętnie albo bez Polaków, zainteresowanie spada. Ale to nic nowego. Wiele osób w ten sposób się identyfikuje - zaznacza.

Ale zainteresowanie skokami w Polsce jest duże także wtedy, gdy nasi nie odnoszą spektakularnych sukcesów. Małysza, Stocha i spółkę zawsze oglądały i wspierały miliony kibiców. Skąd ten fenomen?

Jak zwraca uwagę socjolog, skoki w naszym kraju to element niedzielny, okołorodzinny. - Po obiedzie włącza się telewizor. To już rutyna, wręcz rodzaj sjesty. Zawodnicy skaczą w sposób uporządkowany, jeden po drugim, co nas uspokaja. Większe emocje budzą się dopiero w końcówce, zwłaszcza, gdy o zwycięstwo walczy Polak - podkreśla Kossakowski.

Skoki są w naszym kraju przyjemnym dopełnieniem niedzieli, z mamą krzyczącą z kuchni "wołajcie jak będą nasi", będącym aktualniejszą wersją okrzyku sprzed lat "wołajcie jak będzie Małysz".

- Za sukcesem wielu dyscyplin, także w Polsce, stoi też odpowiednie opakowanie medialne. Rola mediów jest kluczowa. Myślę, że gdyby nie inwestycja Polsatu w siatkówkę, tak profesjonalnej i zmodernizowanej dyscypliny do dziś byśmy nie mieli. Tak samo zaangażowanie TVP, najpierw związane głównie z Małyszem, a teraz ze Stochem, czy Żyłą, przyniosło zainteresowanie skokami milionów kibiców - podkreśla Kossakowski.

Bardzo ważny w kibicowaniu skoczkom jest kontekst narodowy zmagań na skoczni. - Oczywiście nie ma to dziś takiego wymiaru, jak choćby przed laty rywalizacja Małysza z Niemcem Svenem Hannawaldem, która wśród kibiców czasem wywoływała emocje przekraczające granice zachowań cywilizowanych - mówi nasz rozmówca.

- Ludzie zawsze potrzebują ujścia narodowych emocji. Kiedyś funkcjonowało to przy pomocy konfliktów zbrojnych, dzisiaj na szczęście występuje to coraz rzadziej. Ale ta potrzeba w ludziach została, a sport w naturalny sposób oczyszcza nas z tych emocji. Stąd kibicowanie reprezentacji czy polskim zawodnikom jest elementem potwierdzającym narodową tożsamość - zaznacza socjolog.

Skoki w naszym kraju przyciągają kibiców, bo są też elementem dobrej zabawy, związanej z wyjazdami na zawody do Zakopanego, czy Wisły. Ludzie biorą urlop, jadą i się bawią. Oby "Biało-czerwoni" wciąż rozpieszczali ich swoimi sukcesami.

Waldemar Stelmach

Dowiedz się więcej na temat: Kamil Stoch | Piotr Żyła | Adam Małysz | skoki narciarskie

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy