PŚ w Wiśle. Śniegu nie zabraknie. Brak treningu na obiekcie problemem dla polskich skoczków?

Kamil Stoch i spółka nie mogą mieć pewności, że dłużej potrenują na skoczni w Wiśle przed listopadową inauguracją Pucharu Świata. Same zawody, póki co, nie są zagrożone. Chyba że do akcji wkroczy wiatr, z którym jeszcze nikt nie wygrał. Na obiekcie im. Adama Małysza z dnia na dzień rośnie warstwa śniegu. Fani przed telewizorami obejrzą skoki po nowemu.

Sezon Pucharu Świata po raz pierwszy w historii zostanie zainaugurowany w Polsce i to już w połowie listopada (17-19.11). Tymczasem do kraju zawitało lato, a na listopad też nie jest zapowiadana zimowa pogoda. Dyrektor Pucharu Świata w Wiśle, wiceprezes Polskiego Związku Narciarskiego Andrzej Wąsowicz w rozmowie z Interią uspokaja, że wszystko jest pod kontrolą.

Reklama

- Produkcja śniegu idzie "pełną parą", choć temperatury przerażają. W godzinach południowych, gdy jest cieplej, są większe straty w wyprodukowanym śniegu. Działamy non stop. Dojeżdża druga maszyna, o podwójnej wydajności w stosunku do tej, która działa już od dwóch tygodni - mówił nam Wąsowicz.

- Śniegu codziennie przyrasta i myślę, że mamy już jedną trzecią potrzebnej ilości. Śnieg jest przykryty dwoma foliami. Górna warstwa odbija promienie słoneczne. Jest to dobrze izolowane. Gdy się wejdzie do tego "namiotu", czuć tam niską temperaturę, inną niż na zewnątrz - podkreślił.

Wygląda na to, że śnieg nie będzie problemem organizatorów w Wiśle, nawet jeśli w listopadzie w góry nie zawita mróz. - Najniebezpieczniejsze dla nas elementy, to, jak zwykle, wiatr, czy deszcz - powiedział dyrektor PŚ w Wiśle.

Na obiektach w Polsce wciąż nie mogą skakać podopieczni Stefana Horngachera (skocznia w Zakopanem jest w remoncie - red.) i nie ma pewności, że w Wiśle potrenują więcej niż tylko podczas oficjalnych dwóch serii treningowych przed kwalifikacjami.

- Miałem spotkanie z prezesem Apoloniuszem Tajnerem i Adamem Małyszem. Oczywiście padło pytanie o dostępność skoczni, bo zależy im na tym, by Polacy mogli trenować na swoim obiekcie. Moje zdanie na ten temat, z którym obaj się liczą i przyznają mi rację, jest takie: główne wydarzenie to są zawody Pucharu Świata - zaznaczył Wąsowicz.

- Jeśli nie będzie wcześniej warunków pogodowych pozwalających rozprowadzić śnieg po skoczni na dłużej, to zrobimy to dopiero na dwa-trzy dni przed zawodami. Trudno, trenerzy muszą to zrozumieć - wyjaśnił. - Ale jest nadzieja,  że końcem października-początkiem listopada pogoda się nieco zmieni. Wtedy jesteśmy w stanie w półtorej doby rozprowadzić śnieg. Mamy już doświadczenia w tym zakresie - dodał.

Reprezentanci Polski to niejedyna drużyna, która chciałaby potrenować w Wiśle tuż przed startem sezonu. O taką możliwość wciąż pytają Słoweńcy, zainteresowani są też Austriacy.

Zawody w Wiśle, podobnie jak cały sezon PŚ, rozegrany zostanie w nowej formule, z wykluczeniem automatycznej kwalifikacji dla najlepszej dziesiątki zawodników. Zmiana ta nie podoba się wielu skoczkom czy trenerom, także polskim, ale organizatorzy zawodów mogą się cieszyć.

- To jest dla nas trzeci dzień zawodów. Moi koledzy z innych krajów, organizujący zawody, też są zadowoleni. Mamy już ponad trzy tysiące biletów sprzedanych na same kwalifikacje. To są dodatkowe środki, a przecież musimy zapłacić choćby za montaż trybun. Oczywiście bilety na kwalifikacje są tańsze (40 zł - red.) - powiedział Wąsowicz. Za wejściówki na konkursy trzeba było zapłacić 120-200 zł.

- Kwalifikacje będą ciekawsze. Może się komuś, oby nie naszym, noga powinąć, nie wyjdzie skok i nie pojawi się następnego dnia w zawodach. Choć akurat u nas najpierw, w sobotę, jest konkurs drużynowy, w którym chyba nasza drużyna będzie walczyć o zwycięstwo - ma nadzieję szef wiślańskiego PŚ.

Bilety na kwalifikacje można jeszcze nabyć, ale wejściówek na konkursy nie ma od dawna. - Jeszcze znaleźliśmy na skoczni dodatkowe miejsce, bo zgłosiły się fankluby Kamila Stocha i Dawida Kubackiego. Nie wyobrażam sobie, żeby ich nie było na zawodach, będziemy ich gościć. To jest sympatyczne, że wspierają swoich zawodników - stwierdził Wąsowicz.

W ostatnich tygodniach FIS złożył już kilka wizyt organizatorom zawodów w Wiśle. Międzynarodowa Federacja Narciarska jest zadowolona z przebiegu przygotowań, ale, jak zwykle, ma też swoje pomysły. Główna zmiana to przeniesienie punktu kontroli zawodników na górę przeciwstoku, gdzie zatrzymują się skoczkowie po oddanym skoku. Do tej pory schodzili na dół i dopiero tam byli kontrolowani. Po drodze mogli jeszcze trochę się "porozciągać".

- FIS nam zaproponował tę zmianę. To właściwie była twarda propozycja, którą musieliśmy przyjąć. Odpowiedzialny za kontrolę sprzętu Sepp Gratzer mówi, że dotyczy to średnio nie więcej niż dziesięciu zawodników w konkursie. Jeśli ktoś kiedyś był zdyskwalifikowany, jest częściej kontrolowany - zaznaczył Wąsowicz.

Podczas konkursów w Wiśle kontrolom zawodników ma towarzyszyć kamera telewizyjna. - Będą tam szklane drzwi. Ludzie obejrzą, na czym to polega i jak to się dokonuje. Niech widzowie zobaczą, może lepiej zrozumieją skoki, aczkolwiek dalej niezrozumiałe dla kibica są choćby przeliczniki za wiatr itp. To jest trochę skomplikowane - nie ukrywa nasz rozmówca.

- Dwaj panowie z FIS, Gratzer i Horst Nilgen, mówili nam, że wpuszczą też kamerę na wieżę sędziowską. Ale nie jest to do końca zgodne z przepisami. Rozmawiałem później telefonicznie z dyrektorem PŚ Walterem Hoferem, który stwierdził: moi koledzy trochę się zagalopowali - opowiada Wąsowicz.

Do inauguracji Pucharu Świata w Wiśle pozostał miesiąc. W styczniu tego roku dwa konkursy indywidualne na skoczni im. Adama Małysza wygrał Kamil Stoch. Podczas letniej Grand Prix w lipcu "Biało-czerwoni" wygrali konkurs drużynowy, a w zawodach indywidualnych najlepszy był Dawid Kubacki przed Maciejem Kotem.

Waldemar Stelmach

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje