Puchar Świata w Wiśle. Festiwal upadków. Winni skoczkowie?

Festiwal wywrotek w Wiśle. Na twardym, nierównym zeskoku doszło w weekend do kilku upadków, niektórych nawet poważnych. Jedni krytykują pomysł rywalizacji w takich warunkach, inni bronią go, tłumacząc, że na początku sezonu nie wszyscy są jeszcze odpowiednio do niej przygotowani. A gdzie leży prawda? Tradycyjnie, gdzieś pośrodku. Między rozsądkiem i oczekiwaniami fanów oraz organizatorów.

Dwa dni skakania. Po dwa nieszczęśliwe zdarzenia na każdy z nich. W piątkowych kwalifikacjach najpierw próby sił z własnymi umiejętnościami i wybojami skoczni nie wygrał Siergiej Tkaczenko, później to samo spotkało Vojtecha Stursę. I o ile Kazach spokojnie podniósł się i na ubocze zszedł samemu, bez pomocy medyków, o tyle Czechem lekarze musieli się zająć i nawet gdy po wstępnej analizie medycznej znalazł się już na własnych nogach, to i tak wyraźnie utykał. W sobotę było podobnie. Jeszcze na treningu równowagi po wylądowaniu nie udało się utrzymać Aleksowi Insamowi. Włoch mimo to bardzo poturbowany nie był, gdyż już w konkursie drużynowym wystartował.

A tam o wiele poważniejsze problemy spotkały Denisa Kornilova. Rosjaninowi tuż po zetknięciu z podłożem odpięła się lewa narta, co znacznie go przechyliło, o utrzymaniu kontroli nad ciałem nie było już mowy, więc po niecałej sekundzie porządnie i boleśnie rąbnął o . Tutaj także nie obyło się bez opieki medycznej, a gdy już Kornilov wstał, to wyglądał niczym pięściarz po dwunastorundowej walce, poobijany, zszokowany. Już w trakcie konkursu zabrany do szpitala.

Gdy święto zmienia się w stypę

Reklama

Żeby przekonać się o tym, jaki pokład emocjonalny niosą ze sobą upadki zawodników, należy przybyć na skocznię i choć przez chwilę poobserwować wówczas wydarzenia na trybunach. A wśród najgłośniejszych i najweselszych kibiców z Polski ten kontrast jest jeszcze bardziej odczuwalny. Gdy tylko dojdzie do pechowego zakończenia próby, to nagle sportowy festyn zamienia się w stypę. Milkną wszyscy fani, z głośników również dobija sugestywna cisza, a jedynym, którego słychać na skoczni, jest prowadzący zawody spiker. Dająca sporo do myślenia konsternacja trwa aż do momentu, w którym opatrywany bohater akcji opuści . Czy to z pomocą służb, czy też bez niej.

Zawsze kończy się to gromkimi brawami i życzeniami jak najszybszego powrotu do pełnej sprawności. Niby później wszystko jest już OK, zabawa powraca do punktu wyjścia, ale gdzieś w środku głowy, i to pewnie wszystkich osób obecnych na obiekcie, zostaje to, że przed chwilą młody chłopak zderzył się z twardym jak ściana śniegiem, i to przy prędkości dochodzącej do niemal stu kilometrów na godzinę.

Wielka Krokiew zamarła jak nigdy

Każdej osobie, która od co najmniej dekady interesuje się dyscypliną, jak żywo w takich momentach przypomina i jego fatalny, także w skutkach, upadek Jana Mazocha w Zakopanem 2007 roku. Akurat on miał jeszcze więcej pecha, równowagę stracił już w locie, po czym przywalił potężnie z kilku metrów na ubitą bulę. Wielka Krokiew zamarła wtedy jak nigdy wcześniej i nigdy później. Istniało bowiem spore zagrożenie, że na ich oczach ktoś może umrzeć. Lekarze ze szpitala Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie walczyli o życie pechowca, musieli wprowadzić go w stan śpiączki farmakologicznej i wybudzili dopiero po niemal tygodniu.

Mazoch placówkę opuścił po dziesięciu dniach i choć w kolejnym sezonie po żmudnej rehabilitacji dostał zielone światło na powrót do Pucharu Świata, to strach siedział w głowie, przez co już po roku od feralnej sytuacji zakończył karierę. Czech do teraz jest zdania, że efekty tamtego zdarzenia wracają w jego młodym, 32-letnim, ale bardzo doświadczonym przez los organizmie.

Matka Natura puka się w czoło, ale pytań więcej niż odpowiedzi

Ten sam Mazoch przypomniał się środowisku narciarskiemu podczas inauguracyjnego weekendu PŚ. Poprzez konto na Facebooku skomentował głośny już wpis Stursy. "Skakanie na górze lodowej, super... (...) Nie wystąpię w niedzielę i sobotę, mój nowy kombinezon jest do wyrzucenia i doprawdy nie wiem, jak można skakać na górze lodowej. Oczywiście nie chcę nikogo obwiniać, bo upadek to wina mojej pomyłki. Oczywiście wiem, że przy piętnastu stopniach na plusie trudno jest cokolwiek zrobić, ale przy takich pomysłach Matka Natura puka się w czoło. Zdrowie w skokach powinno być ważniejsze od pieniędzy. A nie jest. Martwi mnie, że moi rywale będą przez kolejne dwa dni rywalizować na górze lodowej" - tak w dużej mierze wyglądał pełen emocji post Stursy.

Mazoch z kolei tłumaczył młodszemu koledze, zapewne przepełnionemu jednocześnie smutkiem i złością, że taki jest już ten sport, że przede wszystkim organizuje się dla ludzi, którzy chcą go oglądać, czy to na żywo, czy w telewizji. Napisał też, że choć skoki muszą się zmienić i jeszcze bardziej dbać o uczestników, to wizji tego, jak przełożyć pragnienia na rzeczywistość w zjawisku złożonym z tylu tysięcy czynników, na razie brak. "Pytań o skoki jest bardzo dużo, niestety odpowiedzi o wiele mniej. Vojtech, wracaj do zdrowia i na skocznię. Będę trzymał za ciebie kciuki i dopingował" - podsumował swój wywód.

Wpis Stursy:

Dowiedz się więcej na temat: skoki narciarskie | PŚ w Wiśle | Denis Korniłow | Vojtech Stursa

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje