Puchar Świata w Wiśle. Jakub Janda w Polsce zakończył karierę

Za "cyrkiem" Pucharu Świata, jak sam go nazwał, jeździł 21 sezonów. Sukcesy osiągał tylko przez dwa z nich. Ale i tak brał w tym wszystkim udział, bo odczuwał ciągłą pasję do sportu. Teraz Jakub Janda znalazł nową drogę, stał się politykiem, a ze wspominanym "cyrkiem" pożegnał się we wzruszający sposób i to u siebie w domu. Ale nie w Czechach, tylko oddalonej od jego ojczyzny o rzut beretem skoczni w Wiśle.

Z drużyną, do rozpoczętego na obiekcie im. Adama Małysza sezonu, przygotowywał się normalnie, z myślą o występie na igrzyskach w Pjongczangu. Dla niego piątych w karierze. Życie lubi jednak pisać dziwne scenariusze i czeskiemu "styliście" zapisało karierę polityczną. W październiku wziął udział w wyborach do tamtejszego parlamentu i uzyskał odpowiednią liczbę głosów, aby móc decydować o przyszłości swojego kraju.

Reklama

Oznacza to, że o dobre imię ukochanej dyscypliny walczył będzie już nie z belki, a ramienia prawicowo-konserwatywnej Obywatelskiej Partii Demokratycznej. Zamiast kolejnego roku podróży po świecie życie wybrało mu stacjonowanie w Pradze i tamtejszym budynku parlamentu.

Szybko wystrzelił, szybko zgasł

Janda od zawsze był skoczkiem unikatowym. Już w młodości wypracował bardzo charakterystyczny, elegancki styl w locie, w którym przypominał trochę Japończyka Kazuyoshiego Funakiego. Ale styl też bardzo agresywny, niebezpieczny dla samego zawodnika. Szeroko rozstawione nogi oraz głowa wychylona głęboko, praktycznie na wysokości nart, to aktualnie znak rozpoznawczy nieopierzonego słoweńskiego młodzieńca Domena Prevca, lecz 39-letni dziś skoczek Dukli Liberec opatentował to jeszcze przed dwiema dekadami.

Sylwetką wyróżniał się zawsze. Wynikami tylko przez chwilę. W 2004 roku nowo mianowany trener czeskiej kadry Vasja Bajc znalazł sposób na to, jak wyciągnąć możliwie najwięcej z ewidentnego potencjału wówczas 26-letniego Jandy. Efekt? Dziewięć miejsc na podium Pucharu Świata oraz brąz i srebro mistrzostw świata.

Potem było jeszcze lepiej. W sezonie 2005-2006 wygrał Turniej Czterech Skoczni (co prawda wspólnie z Janne Ahonenem) oraz Kryształową Kulę. I jak szybko wystrzelił, tak szybko zgasł. Przez kolejną przeszło dekadę o podium pucharowe zahaczył dwa razy, w 2006 w Engelbergu i 2009 w Zakopanem, gdzie był kolejno piąty i szósty. Poza tym to miotał się niemiłosiernie, a sukcesem dla niego okazywały się co najwyżej pozycje w drugiej dziesiątce.

A mimo to cały czas skakał. W kwietniu przyszłego roku skończy czterdziestkę, lecz i tak zjeżdżanie po rozbiegu, kilkusekundowy lot oraz lądowanie na zeskoku sprawiało mu wciąż tyle frajdy, że nie był w stanie z tego zrezygnować. A może nie mógł, bo nie miał innego pomysłu na życie. No cóż, teraz już znalazł.

Przyjaźń polsko-czeska

Z Wisłą pożegnał się z kilku powodów. Był to pierwszy pucharowy weekend sezonu i też pierwszy po wynikach wyborów. W kolejnych z powodu nowych obowiązków nie mógłby już wystartować. Ważniejsze i bardziej symboliczne było jednak to, że jest zaprzyjaźniony z Polakami, których jest też bliskim sąsiadem. Sam pochodzi z Czeladnej, czyli miejscowości położonej od miasta Małysza, rzecz jasna jego dobrego kolegi, o zaledwie kilkadziesiąt kilometrów.

Z racji ciepłych kontaktów ludzie z PZN odpowiedzialni za zawody w Wiśle postanowili pożegnać zdobywcę Kryształowej Kuli sprzed ponad dekady we właściwy sposób. Gdy zakończyły się wygrane przez Norwegię zawody drużynowe, to przy aplauzie ośmiu tysięcy kibiców oraz blasku fleszy Janda został zaproszony na skocznię. Tam nagrodzono go okolicznościowym plastronem wspominającym jego największe sukcesy, po czym na obiekcie można było usłyszeć donośne "sto lat" oraz równie głośne brawa na cześć bohatera.

Sportowiec spełniony

Ten był bardzo przejęty tym, co spotkało go w sobotę. Wolał zapewne pożegnać się dzień później, w rywalizacji indywidualnej, lecz w kwalifikacjach do czołowej pięćdziesiątki się nie załapał. Być może więc lepszego i bardziej pamiętnego momentu na zmianę warty faktycznie nie było. - Jesteście dla mnie domem. Nigdy was nie zapomnę i tego, jaką atmosferę potraficie stworzyć. Polsko, dziękuję tobie za te wspaniałe momenty. Za Zakopane, za Wisłę, za wszystko - kierował swoje słowa do północnych sąsiadów. - Jestem wdzięczny temu całemu cyrkowi, całej zabawie. Organizatorom, zawodnikom, kibicom i trenerom. Wszystkim - mówił.

Podczas konferencji prasowej przyszedł też czas na tradycyjne podsumowania. A 39-latek nie rozpamiętuje tego, co było nieudanego w jego karierze. Wręcz przeciwnie, cieszy się momentami chwały. - Bywało różnie przez te 21 lat, lecz nie mam powodów do narzekań. Wygrałem Puchar Świata, Turniej Czterech Skoczni, nie spełniłem co prawda mojego największego marzenia o olimpijskim medalu, ale nie można mieć wszystkiego. Jestem spełniony, to wam mogę zapewnić - wyznał ze wzruszeniem.

Choć wielu sympatyków skoków narciarskich będzie tęsknić za nienagannym ułożeniem nart i osobą otwartego oraz skromnego Jandy, to warto pamiętać, że w sporcie, jak to w życiu, nic nie trwa wiecznie. W niedzielę kolejny konkurs Pucharu Świata, już bez Czecha. Transmisja z rywalizacji indywidualnej w Wiśle od 14:30 na antenie Eurosportu 1.

Michał Błażewicz

Dowiedz się więcej na temat: Jakub Janda | PŚ w Wiśle | PŚ w skokach narciarskich

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje