Puchar Świata w Wiśle. Piotr Żyła: To zadziałało najmocniej

Nie ma dnia na skoczniach narciarskich świata bez niespodzianki sprawionej przez Piotra Żyłę. Czy to negatywnej, czy pozytywnej. 30-latek, który zawalił konkurs drużynowy, w indywidualnym zaprezentował się bardzo przyzwoicie i cieszył ze Stefanem Hulą ze wspólnego siódmego miejsca. Skąd tak nagła zmiana? Jak przyznał w żartach, kluczowe było kojące znaczenie dobrego snu.

O tym, że ulubieniec fanów, znany z chwytliwych tekstów, jest jak pudełko czekoladek i można się po nim spodziewać dosłownie wszystkiego, wiemy nie od dziś. Jeżeli jednak ktoś nie był co do tego faktu przekonany, to Żyła właściwie całego siebie w pigułce pokazał w ciągu ledwie trzech dni rywalizacji w rodzinnym mieście.

Reklama

Maszyna losująca

Potrafił skoczyć bardzo źle, potrafił też złapać noszenie i na przykład jedną z serii treningowych zakończyć na miejscu trzecim. W sobotę, gdy przyszedł czas na drużynówkę, maszyna losująca skoczka wybrała opcję rozczarowania. Oddał on bowiem wówczas jeden średni, a drugi słaby skok i zważywszy na to, że startujący z nim w pierwszej rundzie drugiej serii Norweg Johan Andre Forfang skoczył aż o 25 punktów lepiej, to właściwie wtedy było po już zawodach. Polska nie mogła w kontekście walki o zwycięstwo w drużynie się podnieść. I, jak pamiętamy, nie podniosła, co w dużej mierze obarcza konto Żyły.

Pisaliśmy po tamtym konkursie, że jego dyspozycja była stanowczo zbyt zagadkowa, co powinno nakłonić Stefana Horngachera do przynajmniej refleksji nad tym, czy aby nie popełnił błędu, gdy postawił na tego właśnie członka kwartetu kosztem choćby bardzo powtarzalnego ostatnio Stefana Huli. W niedzielę znowu doszło do zmiany narracji. Maszyna losująca przełączyła się na inny tryb i tym razem "Wiewiór" zaczął latać dobrze. A przy tym skutecznie zamknął usta krytykom.

Zgrywus powrócił

- Jestem zadowolony po dzisiaj. Nie udawało mi się wcześniej oddawać tak dobrych skoków. Teraz wpadłem już chyba na dobre w startowy rytm i odciąłem się od tego wszystkiego, no i przyniosło to właściwe skutki. Są jeszcze rezerwy, ale mogło być przecież gorzej. Najważniejsze, że skoczyłem dwukrotnie dobrze, na moim normalnym poziomie - jak na swoje standardy w dosyć prostych słowach opisywał zaskakującą przemianę, jaka stała się jego udziałem. Lecz gdy został zapytany o kluczowy jej czynnik, to powrócił już stary Żyła. Typowy zgrywus. - Co zadziałało najmocniej? Wyspałem się! - rzucił jednym ze swoich klasycznych tekstów.

"To nas nie było pięciu w dziesiątce?"

Lecz gdy odłożyć żarty na bok, to z Piotrkiem można też o skokach rzeczowo porozmawiać i skusić się na podsumowania. No, może nie zawsze rzeczowo. - Za nami dobry weekend. Byliśmy dwa razy na podium. Najpierw dokonała tego drużyna, potem Kamil Stoch. Bronimy się więc i grupą, i indywidualnie. W konkursie niedzielnym znalazło się nas  chyba aż pięciu w dziesiątce - powiedział bez zdecydowania i od razu dostał ripostę, że Maciej Kot przecież spadł po drugiej serii z miejsca siódmego na dziewiętnaste. Ale nie wybiło go to z rytmu. - Czego byśmy nie powiedzieli, to był to udany weekend dla nas, dla polskich skoków. Jest się z czego cieszyć. I co świętować - podkreślił.

Warto jednak samemu Żyle przypomnieć, że on na w pełni zrozumiałe powody do świętowania musi jeszcze trochę popracować. Hula, czyli zawodnik, który równie dobrze mógł w sobotę zając jego miejsce w drużynie, skończył dzień z dokładnie tym samym wynikiem. Nie ma zatem przestojów. Walka o miejsce w kadrze trwa. I z każdym kolejnym dniem nabiera coraz większych rumieńców.

Michał Błażewicz

Dowiedz się więcej na temat: Piotr Żyła | puchar świata w wiśle

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje