Sven Hannawald: Nigdy nie zapomnę atmosfery w Zakopanem

Trzykrotny medalista olimpijski w skokach narciarskich Sven Hannawald uważa, że Kamil Stoch godnie zastępuje Adama Małysza. Niemiec przybył do Warszawy na promocję napisanej razem z Ulrichem Pramannem książki "Sven Hannawald, triumf, upadek, powrót do życia". - Nigdy nie zapomnę wspaniałej atmosfery towarzyszącej konkursom w Zakopanem. Takiej fantastycznej otoczki imprezy w skokach, nigdzie nie spotkałem - przyznał.

Kamil Stoch zdobył w Soczi dwa złote medale olimpijskie. Co sądzi pan o nim i innych polskich skoczkach narciarskich?

Reklama

Sven Hannawald: - Wypada tylko się cieszyć się, że w tak krótkim czasie wyrósł następca Adama Małysza. To niezwykle trudne zadanie, ale jak widać trenerzy stanęli na wysokości zadania opiekując się utalentowanymi zawodnikami. W każdej drużynie musi był jedna osoba, która świeci przykładem i ciągnie za sobą resztę. Taka właśnie sytuacja powstała u was. Jeszcze raz podkreślam, że relatywnie szybko znalazł się sukcesor Adama i to cieszy wszystkich. Kamil zastępuje go godnie.

Co czuje pan oglądając teraz w telewizji skoki narciarskie?

- Cieszę się, kiedy siedzę przed telewizorem. Teraz jest fajnie. Po zakończeniu kariery, kiedy decydowałem się na śledzenie rywalizacji, nie była to dla mnie wcale komfortowa sytuacja. Teraz przypominają mi się moje skoki. Jeśli przerwało się skakanie, to oglądanie nie było to niczym fajnym. Patrząc na rywalizację przypominają mi się czasy, gdy byłem aktywnym zawodnikiem.

Którego momentu brakuje panu teraz najbardziej, tego na belce, na rozbiegu, czy wreszcie na podium, gdy odbierał pan medale igrzysk olimpijskich, mistrzostw świata czy jakąś inną nagrodę?

- To fajne wrażenie, kiedy stoi się na podium. Sportowiec delektuje się wtedy sukcesem. Widzi, że wszystkie elementy treningu i psychiki przyniosły efekt w postaci pokonania rywali. Oczywiście największą radość sprawiło mi zdobycie mistrzostwa świata w lotach w Vikersund. Bo uwielbiam loty. Z taką samą radością odebrałem triumf w Turnieju Czterech Skoczni. Była ona tym większa, gdyż jako jedyny zawodnik w historii wygrałem wszystkie konkursy. Sukces w TCS stoi ponad wszystkimi innymi.

Noriaki Kasai, mimo 41 lat, zdobył w Soczi srebrny medal olimpijski. Czy nie zastanawiał się pan nad powrotem na skocznię?

- Wprawdzie nigdy nie należy mówić nie, to jednak w chwili obecnej udzielę odpowiedzi negatywnej, nie zamierzam wracać. Nie mam bowiem żadnej motywacji. Brakuje jej też skoczkom kończącym karierę w różnym wieku. Motywacji nie da się przecież wytrenować.

Chodzi pan na imprezy sportowe? Ciężko jest przecież, ot tak pożegnać się na zawsze ze sportem i jego oglądaniem?

- Można mnie spotkać na konkursach, nie wyłączając Turnieju Czterech Skoczni. Na początku nic nie ciągnęło mnie na trybuny. W miarę upływu czasu sytuacja zmieniła się jednak diametralnie.

Nie chciałby pan pójść w ślady Martina Schmitta, który uzyskał uprawnienia trenerskie w skokach narciarskich?

- Trener nie jest tylko od machania chorągiewką w gnieździe, gdy zawodnik siedzi na belce. To ciężka codzienna praca. Nie wykluczam takiej sytuacji, że w przyszłości będę przekazywał swoje doświadczenie młodym adeptom skoków narciarskich.

Czy nie czuł pan, rywalizując w Niemczech z Martinem Schmittem, że jest pan tym drugim...

- Wcześniej był czas, że Martin był liderem. Kibicowałem mu wtedy, a on rewanżował mi się takim samym zachowaniem, kiedy mnie się wiodło. Nigdy między nami nie było niezdrowej konkurencji. Trzeba umieć znaleźć się w każdej sytuacji, kiedy tobie sprzyja szczęście jak i takiej, kiedy górą jest rywal. To całkiem normalna dla mnie sytuacja, że w każdej drużynie każdy chce być numerem jeden.

Jak rodzina przyjęła pańskie rozstanie ze sportem?

- Moja decyzja o rezygnacji wiązała się z wypaleniem i była powiązana z kwestią zdrowotną. Oczywiście było im z tego powodu bardzo smutno. Z drugiej strony zdawali sobie sprawę, że teraz będę mógł prowadzić inne, bardziej normalne życie.

Co dali panu trenerzy Erich Hilbig, Uwe Schuricht, Wolfgang Steiert i Reinhard Hoess?

- Hilbig był moim odkrywcą, nauczył mnie tabliczki mnożenia w skokach narciarskich i przede wszystkim zachęcił do skakania. Schuricht opiekował się mną w szkole sportowej w Klingenthal i wspierał w dążeniu do celu, natomiast Steiert i Hess nadali mi ostateczny szlif.

Nie żałuje pan tylu poświęceń i wyrzeczeń?

- Gdy na koniec hobby staje się zawodem, to trzeba mu się poświęcić. Kiedy wchodzi się na tę drogę, trzeba mieć świadomość, że to nie będzie całość naszego życia, tylko jego mały rozdział.

Adam Małysz powiedział, że oddałby wszystkie medale olimpijskie za jeden złoty w konkursie indywidualnym. Czy postąpiłby pan tak samo?

- Medale są wyznacznikiem sportowej drogi. Nie można porównywać ich ze sobą. Oczywiście chciałbym wygrać indywidualny konkurs olimpijski. Chciałbym także zwyciężyć w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata, bowiem dwa razy byłem drugi. W końcu nie wybiera się zawodów, które się wygrywa. Nie zamieniłbym medali zdobytych w różnych fazach sportowej drogi na inne.

Jak wspomina pan rywalizację z Adamem Małyszem?

- Zawsze stała na wysokim poziomie. Ciężko mi było go wyprzedzić. Ten, który wygrywa, ma szacunek dla pokonanego i odwrotnie. Darzę Adama ogromnym szacunkiem. Pogoń za jego sukcesami drogo mnie kosztowała. Nigdy nie zapomnę wspaniałej atmosfery towarzyszącej konkursom w Zakopanem. Takiej fantastycznej otoczki imprezy w skokach, nigdzie nie spotkałem.

Czym się pan obecnie zajmuje?

- Adrenalinę podnosi mi teraz gra w piłkę nożną oraz sport samochodowy. Z obu tych dyscyplin czerpię tak potrzebną mi radość życia.

Ze Svenem Hannawaldem rozmawiał Jerzy Jakobsche

Dowiedz się więcej na temat: skoki narciarskie | Sven Hannawald | Kamil Stoch | Adam Małysz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje