Hubert Hurkacz: Na koniec roku chcę być w top 50

Jak spadać, to z wysokiego konia. Z takiego założenia wychodzi trzeci zawodnik w Polsce Hubert Hurkacz, który w tygodniu po raz pierwszy w karierze przystąpi do kwalifikacji Australian Open. - Do końca roku chcę się znaleźć w pierwszej pięćdziesiątce - zapowiada odważnie w rozmowie z eurosport.interia.pl aktualnie 231. na świecie tenisista z Wrocławia.

Łukasz Przybyłowicz: Za tobą pierwszy start w sezonie. Stawy już naoliwione czy jeszcze czujesz się trochę zardzewiały?

Reklama

- Zdecydowanie czuję się przygotowany do sezonu. Za mną świetny okres przygotowawczy pod okiem Przemka Piotrowicza. Trenowałem między innymi z Michałem Przysiężnym, z którym teraz wystąpiliśmy w deblu. Fajnie, że już w pierwszym turnieju udało mi się rozegrać pięć meczów. Myślę, że jestem dobrze przygotowany do Australian Open.

W pierwszym turnieju w nowym roku, w challengerze w Numei, doszedłeś do 2. rundy singla i półfinału debla w parze z Przysiężnym. Stać cię na dużo więcej, ale może na początek sezonu to nie taki zły wynik?

- Stać mnie na dużo więcej. Tym razem nie poszło mi tak, jakbym sobie wymarzył, ale to pierwszy turniej w roku. Pozytywne było to, że udało mi się wygrać pojedynek w singlu, do tego rozegrać kilka meczów w deblu, z czego jestem bardzo zadowolony.

Pod koniec ubiegłego sezonu miałeś kilka cennych wyników, przede wszystkim finał challengera w Shenzhenie. W tym turnieju odniosłeś pierwsze zwycięstwo w karierze nad zawodnikiem z top 100. To jakie cele stawiasz sobie na ten rok?

- Dzięki tym wynikom załapałem się do kwalifikacji Australian Open, co było moim marzeniem. Jestem z tego megazadowolony. Na koniec 2018 roku chciałbym być w top 50-60. Taki sobie stawiam cel.

W zeszłym roku twoja kariera nabrała rozpędu i na dobre wyjechałeś poza Europę. Były Chiny, Katar, Korea Południowa, Japonia czy wreszcie Hua Hin w Tajlandii. Teraz znalazłeś się w Nowej Kaledonii, czyli praktycznie na końcu świata, tuż obok linii zmiany daty. Byłeś jednym z pierwszych, którzy powitali nowy rok. Czy sylwester w takim miejscu mocno różni się od tego, co znamy z Europy?

- Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie, bo sam nie wiem, jak wygląda sylwester w Nowej Kaledonii... Zasnąłem o 22 (śmiech).

Zakładam, że w tak egzotycznym miejscu jeszcze nie grałeś, zresztą Nowa Kaledonia raczej nie należy do najbardziej obleganych miejsc przez polskich turystów. Możesz powiedzieć coś więcej o tym miejscu?

- W samej Nowej Kaledonii miałem czas zobaczyć tylko korty i hotel, które na dodatek były bardzo blisko siebie. Nie jest to popularny kierunek, bo po prostu trudno tam dolecieć. Podróż zajmuje trzydzieści kilka godzin, tak że na wakacje z Polski lepiej się wybrać w inne miejsce (śmiech).

Skąd w ogóle pomysł na tak egzotyczny wyjazd?

- Wiedziałem, że załapię się tam do turnieju głównego. To był główny powód. W Playford (challenger w Australii) musiałbym grać eliminacje. Poza tym bardzo późno zakończyłem poprzedni sezon. Te trzy-cztery dni wolnego więcej zrobiły dużą różnicę. Mogłem potrenować i wypocząć.

Twój deblowy partner z Nowej Kaledonii Michał Przysiężny jest jednym z nielicznych Polaków, którzy dotarli do pierwszej setki rankingu ATP World Tour. Teraz nie mamy nikogo w top 100. Jerzy Janowicz jest 123., Kamil Majchrzak na granicy drugiej i trzeciej setki, a ty depczesz mu po piętach. Znacie się bardzo dobrze z reprezentacji. Jak się wzajemnie mobilizujecie?

- Przechodzimy teraz fajne okresy. Mamy najlepsze rankingi, aż do połowy roku praktycznie nie tracimy żadnych punktów. Możemy się tylko piąć w rankingu. Tutaj trzeba się wspierać, bo jest mnóstwo przeciwności, którym trzeba stawić czoła. Bardzo się cieszę z tego, że Kamilowi idzie tak dobrze. Kibicujemy sobie.

W marcu 2016 roku, kiedy rozmawialiśmy po twoim obiecującym debiucie w daviscupowej reprezentacji Polski, powiedziałeś: "W ciągu dwóch lat chcę być w pierwszej setce. Do końca 2016 roku przydałoby się być 180. w rankingu". Na koniec 2017 roku byłeś 238. Jak patrzysz na te słowa z perspektywy czasu? Jest trudniej zrobić karierę, niż ci się wydawało?

- Nie jest łatwo. Niestety w tenisie nie można sobie zaplanować, że cały czas będzie się robiło progres. Czasami gra się dobrze, ale przeciwnicy grają lepiej. Po tym jak się przegra kilka meczów z rzędu, można stracić pewność siebie. Z drugiej strony, jak się zagra dobrze w kilku turniejach, można zrobić duży skok, a to z kolei daje dużo pewności siebie. Najważniejsze, żeby dobrze grać, wtedy wszystko przyjdzie.

W tym sezonie twoje wysiłki zostaną bardzo szybko nagrodzone, ponieważ już w Melbourne po raz pierwszy w karierze staniesz do kwalifikacji w Wielkim Szlemie. Trzy lata temu byłeś w finale Australian Open w grze podwójnej juniorów. Juniorzy są jednak z boku. Ty teraz awansujesz w hierarchii, między innymi będziesz dzielił szatnię z najlepszymi tenisistami świata.

- Na kortach w Melbourne wszyscy się mieszają, choć szatnie juniorów rzeczywiście znajdują się gdzie indziej. Kwalifikacje do singla seniorów to poziom wyżej. Bardzo się z tego cieszę, ale teraz liczy się dla mnie już tylko wejście do głównej drabinki.

Dowiedz się więcej na temat: Hubert Hurkacz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje