Janowicz: Jesteśmy tylko ludźmi, a nie robotami

- Każdemu zdarza się jakiś kryzys. Jesteśmy tylko ludźmi, a nie robotami zaprogramowanymi na wygrywanie - mówi nasz najlepszy tenisista Jerzy Janowicz.

Przysłowie mówi, że "co nas nie zabije, to nas wzmocni". Czy w ten sposób podchodzi pan do kontuzji? Po kolejnych problemach ze stopą czy - tak jak półtora roku temu i ostatnio - z kręgosłupem wraca pan później na kort silniejszy psychicznie?

Jerzy Janowicz: - Myślę, że jeżeli chodzi o urazy, to nie można powiedzieć, iż wzmacniają one mentalnie. Jest to bardzo frustrujące, gdy w momencie, kiedy sportowiec jest w dobrej formie, przychodzi kontuzja i potem trzeba zaczynać wszystko od początku. Jeżeli są to kontuzje długotrwałe, to powrót do dobrej dyspozycji może trwać wiele tygodni. Tak było w moim przypadku, gdy półtora roku temu miałem poważny uraz kręgosłupa i kiedy już wróciłem, to doznałem kontuzji stopy. Nie mogłem wtedy przygotować się odpowiednio do sezonu i efekty tego były widoczne przez cały 2014 rok.

Reklama

W ostatnich latach coraz częściej zawodnicy i eksperci zwracają uwagę na zwiększającą się dominację w cyklach ATP i WTA turniejów na kortach twardych. Jedni są zwolennikami różnorodności w tym elemencie i podkreślają, że "beton" jest bardzo wymagający pod względem fizycznym, a przez to przyczynia się do zwiększonej liczby kontuzji. Inni argumentują, że ciało się przyzwyczaja do danego rodzaju nawierzchni i im rzadziej się ją zmienia, tym lepiej dla zdrowia zawodnika. Jakie jest pana zdanie na ten temat?

- Szczerze mówiąc, to wolę, jak jest różnorodność. Nie sprawia mi trudności gra na korcie ziemnym, twardym czy na trawie. Znaczenie ma dla mnie zaś to, czy są to korty odkryte, czy hala. Postulowałbym za tym, żeby było więcej imprez "pod dachem". Hala i hard court - to moje ulubione turnieje.

Przywiązuje pan dużą wagę do najbliższych startów w Madrycie i Rzymie, czy - ze względu na powrót po kontuzji - potraktuje je bardziej jako przetarcie przed French Open? A może chce pan jak najszybciej przejść przez okres gry na "mączce" i czeka z utęsknieniem na imprezy na kortach trawiastych?

- Wszystkie turnieje są dla mnie jednakowo ważne. Madryt i Rzym to imprezy bardzo prestiżowe, w których jest bardzo dużo punktów do zdobycia, a te są potrzebne, żeby przesuwać się w rankingu. Oczywiście, cieszę się też na turnieje na trawie. Zwłaszcza że w tym roku doszły jeszcze jedne zawody na tej nawierzchni - w Stuttgarcie, a więc sezon trawiasty nieco się wydłuży.

Przeważnie sportowcy na wysoko notowanych rywali chcą trafiać jak najpóźniej. Pańska mama mówiła mi jednak kiedyś, że pan woli od razu walczyć z bardziej wymagającymi przeciwnikami. Łatwiej wtedy o mobilizację?

- Pierwsze rundy są trudne w każdym turnieju, bez względu na to, z kim się trzeba zmierzyć. Ale to fakt, wolę grać z lepszymi zawodnikami. Wtedy występuje się na większych kortach, przy liczniejszej publiczności i mocniejszym dopingu. A ja właśnie taką atmosferę lubię. To mnie bardziej mobilizuje. Ale każdego przeciwnika traktuję jednakowo i do każdego meczu podchodzę poważnie.

Czy jest pan przesądny? Niektórzy mówią już o "klątwie Pucharu Hopmana". Wraz z Agnieszką Radwańską rozpoczął pan rok od sukcesu w tej imprezie, ale niedługo później krakowianka zaczęła mieć trwające do dziś kłopoty z formą. Pan w lutym dotarł do finału w Montpellier, ale w decydującym spotkaniu skreczował z powodu choroby. Później też nie wszystko szło po pana myśli...

- Nie wierzę w takie rzeczy. Zła dyspozycja w Montpellier to przypadek. Fatalna infekcja, która całkowicie odebrała mi siły i zwaliła z nóg. To mogło zdarzyć się w każdym miejscu i o każdej porze. Jeżeli chodzi o Agnieszkę, to jest zawodniczką, która od wielu lat utrzymuje się w światowej czołówce. Być może ma teraz trochę słabszy okres, ale każdemu zdarza się jakiś kryzys. Jesteśmy tylko ludźmi, a nie robotami zaprogramowanymi na wygrywanie. Agnieszka jest bardzo doświadczoną tenisistką i na pewno sobie z tym poradzi. Do końca sezonu jeszcze daleko.

Krakowianka kilkakrotnie w ostatnim czasie podkreślała, żeby nie kierować się samym miejscem w rankingu przeciwniczki, bo często bywa ono zaniżone i nie oddaje umiejętności danej tenisistki. Ma pan podobną opinię? Jak bardzo ważna jest dla pana jego własna pozycja na światowej liście?

- Szczerze mówiąc, to nie stawiam sobie konkretnych celów rankingowych przed sezonem. Chcę wygrywać mecze i przesuwać się na światowej liście. Bez jakiegoś założenia, że w tym roku to ma być pierwsza "20", a w następnym Top10. Super będzie, jak awansuję do "20", ale jak nie, to też nie będę rozpaczał. Oczywiście, miejsce w rankingu jest ważne - decyduje o tym, czy można zagrać w danym turnieju, czy nie. Na korcie jednak nie gra ranking i nie ma takich założeń, że tenisista z drugiej setki nie może wygrać z zawodnikiem z "20". Życie pokazuje, że zdarza się tak bardzo często. To jest rywalizacja i każdy wychodząc na kort chce wygrać.

Kilka miesięcy temu wystąpił pan w programie "Turbokozak", w którym popisywał się umiejętnościami futbolowymi. Jest pan pasjonatem piłki nożnej i kibicem jakiegoś klubu? A może bliższa jest panu siatkówka - ze względu na mamę, która uprawiała tę dyscyplinę sportu lub znajomość z zawodnikami Skry Bełchatów?

- Nie przepadam za piłką nożną i nie kibicuję żadnej drużynie. Ale występ w "Turbokozaku" sprawił mi ogromną frajdę. Wolę siatkówkę i jeżeli mam możliwość, to chodzę na mecze. Przyjaźnię się z Mariuszem Wlazłym. Miałem możliwość zagrać w siatkówkę w meczu charytatywnym w Częstochowie i chyba nawet nieźle mi to wyszło. Lubię oglądać różne dyscypliny, zwłaszcza gdy grają Polacy.

Rozmawiała: Agnieszka Niedziałek

Dowiedz się więcej na temat: Jerzy Janowicz | Agnieszka Radwańska | tenis

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje