Karol Stopa. Rotacja wsteczna: Kobiety wciąż traktowane inaczej

W eliminacjach do wielkoszlemowego Australian Open zabrakło w tym roku miejsca dla Brytyjki, Laury Robson. Urodzona w Melbourne 23-latka zapowiadała się na wielką gwiazdę dyscypliny i w lipcu 2013 roku była już nawet nr 27 światowego rankingu pań - pisze komentator tenisa w Eurosporcie Karol Stopa.

Wyspiarze, z wypiekami na twarzy, śledzili wtedy jej zwycięstwa nad znanymi rywalkami, zmagania o awans do ćwierćfinału US Open czy Wimbledonu, albo też - w Guangzhou 2012 r. - pierwszy brytyjski finał WTA od czasów Joe Durie. Potem, niestety, zaczęły się strome schody. Poważne urazy obu nadgarstków i ramienia wyrzuciły nazwisko młodej tenisistki gdzieś daleko na peryferia klasyfikacji. Od trzech lat dziewczyna stara się wrócić. Przy zamykaniu listy zgłoszeń do punktu przecięcia (cut-off) brakowało jej czternastu lokat. U mężczyzn ostatnim przyjętym był w tym roku nr 259, Włoch Lorenzo Giustino. Ona miała nr 230, a mimo to znalazła się poza barierką.

Reklama


Kobiety znów nierówno traktowane

Anne Keothavong, kiedyś znana tenisistka, a obecnie kapitan brytyjskiej reprezentacji występującej w Pucharze Federacji, uderzyła w wielki dzwon. Napisała na Twitterze, że konsternację wywołał u niej fakt nierównego traktowania pań i panów w najważniejszych turniejach. W Melbourne, Paryżu i Londynie w drabinkę eliminacji mężczyzn wpisuje się bowiem 128 nazwisk, a w drabinkę kobiet tylko 96. Z kolei w Nowym Jorku mamy wyjątek, bo tam i panów i u pań gra po 128 osób. Zdaniem Brytyjki, w erze identycznych płatności jest to sytuacja wręcz niedopuszczalna. Generuje ona w puli nagród różnicę, przekraczającą dziś kwotę 225 tys. dolarów. Trudno uchwycić moment, gdy ta rozbieżność powstała, zaś jej powodów można się jedynie domyślać.

Na początku ery tenisa open organizatorzy mieli problem ze znalezieniem odpowiedniej liczby pań, potrafiących grać na poziomie pasującym do rangi imprezy. Przez długi czas nawet w głównych turniejowych drabinkach sporo miejsc było po prostu wolnych (bye). Dopiero z czasem tych naprawdę dobrych tenisistek zaczęło przybywać. Teraz długa kolejka chętnych ustawia się błyskawicznie, a jak widać na przykładzie Laury Robson czasem nawet niezłe miejsce w rankingu nie gwarantuje jeszcze występu.

Daleka podróż do Australii jednak się jej opłaciła

Po dokładnym przyjrzeniu widać, jak względną wartość ma niemal każda lokata w klasyfikacji. Ben Rothenberg opisał rok temu na łamach „The New York Times” historię swej rodaczki, Jennifer Elie z Brooklynu. Na wstępnej liście zgłoszeń była nr 239 i brakowało jej aż 25 miejsc do australijskich eliminacji. Jako osoba sklasyfikowana przez całą karierę w czwartej setce uznała, że taka okazja może się więcej nie powtórzyć. Podjęła ryzyko i wraz z mamą oraz siostrą wsiadła do samolotu. W momencie startu maszyny była w kolejce dziesiąta, po wylądowaniu w Melbourne ósma, potem szósta, czwarta, i wreszcie druga. Na godzinę przed środowym losowaniem przyszła wiadomość, że została przyjęta i ma szybko potwierdzić swój udział. Wygrała pierwszy mecz, wciąż jedyny taki w życiu, potem przegrała następny. Wyprawę nadal uważa za podróż swego życia. Pokwitowała czek na 9 tys. 375 dolarów, ale dostała także zwrot kosztów podróży, rodzaj zachęty ze strony Australijczyków, aby przyjeżdżało do nich jak najwięcej osób z całego świata.

Mecz Isner - Mahut potwierdził to

Przy okazji zbierania materiałów do opisanej historii amerykański dziennikarz trafił na dane ITF z roku 2014. Z uśrednionych badań wynikało wtedy, że tenisiści mogą liczyć na eliminacyjny start nawet przy rankingu nr 336, podczas gdy u tenisistek nadzieja gaśnie od miejsca nr 253. Dokument sugerował, że Międzynarodowa Federacja Tenisowa, dumny właściciel praw do wielkiego szlema, doskonale wie o wspomnianych różnicach, lecz jakoś nie robi nic, aby je usunąć. Nie stwierdzono też wniosku w tej sprawie ze strony WTA. Ludzie odpowiedzialni za profesjonalny kobiecy tenis nie wpadli dotąd na pomysł, aby zrównać szanse pań i panów z rakietami. Podobnych przykładów, dotyczących czasem spraw dużych, a czasem małych, właściwie to przy każdym wielkoszlemowym święcie dałoby się wskazać więcej. Grających, ale także kibiców mocno irytują choćby odmienne formuły rozgrywania gier w turniejach debla czy miksta, albo inny sposób zamykania decydujących setów singla. Wimbledon 2010 i mecz Isner – Mahut pokazał nam, do jak kuriozalnych i okrutnych sytuacji może to doprowadzić.

Ludzie zarządzający turniejami wielkiego szlema za wszelką cenę próbują się wyróżniać i robią to coraz częściej wbrew przyjętym od lat zasadom. Przyglądałem się uważnie ceremonii losowania Australian Open 2018 i parę razy zastanawiałem, kto w Melbourne - tak dotąd przywiązanym do tradycji - nagle zwariował i dlaczego. Cały świat ujrzał 25 minut rozmowy z obrońcą tytułu, potem przez 15 minut gaworzyła pani, wracająca po dyskwalifikacji za doping. Na końcu okazało się, że w trakcie tego gruchania ceremonia wpisywania nazwisk w drabinki już się odbyła i kto ciekaw, niech popatrzy na efekty końcowe oraz posłucha opinii na ten temat. Aż strach pomyśleć, co za moment wymyślą konkurenci w Paryżu, Londynie, a zwłaszcza Nowym Jorku. A może w końcu przebudzi się śpiąca dotąd światowa federacja i przywoła do porządku tych marzących o tym, aby u nich było jednak trochę inaczej...

Karol Stopa

Dowiedz się więcej na temat: Laura Robson

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama