Marcin Matkowski: Dobrze odnajduję się w roli ojca

Czołowy deblista świata Marcin Matkowski, wspierany z trybun przez żonę i dwuletnią córkę Maję, będzie w weekend walczył w hali Torwar w Pucharze Davisa z ekipą Australii w barażu o Grupę Światową. 32-letni tenisista uważa, że dobrze odnajduje się w roli ojca.

PAP: Jak jeden z czołowych deblistów świata odnajduje się w roli ojca?

Marcin Matkowski: - Na razie dobrze, nawet bardzo dobrze. Nasza Maja w nocy pozwala spać, właściwie bardzo dobrze śpi, więc i my nie mamy problemów z niedospaniem. No i właściwie nie choruje, odpukać może lepiej w niemalowane. Już kilka razy ona i moja żona Kasia były ze mną na turniejach i obie bardzo dobrze to znoszą, zresztą Maja lubi poznawać nowe miejsca. To bardzo miłe i szczególnie fajne, kiedy mieszkamy, jak choćby podczas Wimbledonu, nie w hotelu, tylko w wynajętym domu. Jest wtedy rodzinna atmosfera, zupełnie inaczej niż na co dzień w Tourze. Ja też inaczej wtedy funkcjonuję, szybko z kortów staram się do nich wracać. Jest po prostu dużo lepiej.

Córka nie budzi w nocy, nie choruje, więc praktycznie nie przeszedł pan chyba testu bojowego jako ojciec?

- Nie narzekam z tego powodu i nie mam z tym najmniejszego problemu. Maja się chowa bardzo dobrze, więc z tego powodu mogę się tylko cieszyć. Tym bardziej, że jednak dość często mnie w domu nie ma. A jak wracam do Warszawy, to widać, że się bardzo cieszy i od razu chodzi wszędzie ze mną za rękę, ciągnie do wspólnej zabawy.

W zawodzie tenisisty pobyty w domu są chyba rarytasem?

- Fakt, nie wszędzie możemy jeździć wszyscy razem. Kiedy jestem gdzieś sam, to brakuje mi dziewczyn, ale to jest praca. Ale później tym milej mi się wraca do domu. Na pewno lepiej jest podczas turniejów w Europie, bo jak szybko gdzieś przegramy z Mariuszem, to zawsze mogę na kilka dni wpaść do kraju i dopiero dalej ruszyć. Gorzej jest, gdy jest to cykl startów w Azji czy Ameryce, jak to było przez ostatnie półtora miesiąca. Jednak Maja jest wciąż zbyt mała na dalsze podróże, zresztą takie długie wypady byłyby też dla niej samej zbyt męczące.

A czy podczas turniejów obecność rodziny nie odciąga pana uwagi od tenisa?

- Nie, wiadomo, Maja nie biega po korcie, bo wtedy musiałbym o wiele słabiej serwować (śmiech). Ale poważnie, to nawet jeśli jest na trybunach, to z Kasią, jej mamą, albo czasem nianią więc wiem, że zawsze jest w dobrych rękach. Mogę się wtedy całkowicie skupić na grze i nie zerkam na boki. Nie jest to na pewno tak imponujący sztab, jak w przypadku Rogera Federera i Mirki Vavrinec, którzy do swoich bliźniaków mają zatrudnione po dwie niańki.

To w sumie chyba robią się dość duże koszty takiej rodzinnej eskapady?

- Trochę może faktycznie, ale co jakiś czas warto zapłacić więcej, żeby więcej czasu spędzić z najbliższymi. Na pewno dość komfortowy pod tym względem jest Wimbledon, bo tam trzeba z góry wynająć dom na całe dwa tygodnie, niezależnie od tego, jak pójdzie w turnieju. Na innych turniejach bywa trudniej, bo po wczesnej porażce trzeba się szybko zbierać.

Następny równie "prorodzinny" turniej w kalendarzu to chyba dopiero listopadowy ATP World Tour Finals?

- Tak, i to również będzie w Londynie. Ten turniej ma wielką zaletę, że cokolwiek się stanie, to i tak do rozegrania są przynajmniej trzy mecze w grupie. Poza tym to jest zakończenie sezonu, więc jest zupełnie inna atmosfera, no i perspektywa odpoczynku po kilku miesiącach grania.

Londyn to chyba wciąż realny cel dla debla Fyrstenberg-Matkowski na najbliższe miesiące?

- Tak, jak najbardziej. Jesteśmy siódmą parą w rankingu ATP "Doubles Race", więc jeśli nam dobrze pójdzie w najbliższych turniejach, to możemy się utrzymać w czołowej ósemce sezonu. Tym bardziej, że teraz już będziemy do końca grali na twardych kortach, czyli naszej ulubionej nawierzchni.

Poza jednym wyjątkiem, czyli najbliższym weekendem - meczem z Australią w Pucharze Davisa na korcie ziemnym na "Torwarze"...

- Tak, to ostatni taki nasz wybryk, przed jesienną grą na "betonie", ale za to bardzo ważny występ w reprezentacji. Mam nadzieję, że z pozytywnym skutkiem, czyli wygraną i awansem do Grupy Światowej.

Rywal trudny, tak jak i potencjalni przeciwnicy w sobotnim meczu deblowym. Chyba gra przeciwko Lleytonowi Hewittowi i Chrisowi Guccione będzie sporym wyzwaniem?

- Hewitt był liderem rankingu w singlu, ale w debla też potrafi grać bardzo dobrze, więc będzie groźny. A Guccione nie przegrał jeszcze w drużynie Australii meczu deblowego. Przywykliśmy już dawno do grania z najlepszymi parami świata, a przecież udawało nam się wygrywać nawet z braćmi Bryanami, więc jesteśmy dobrej myśli.

Rozmawiał Tomasz Dobiecki

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje