Patrick Rafter: Mam za zadanie zdobyć Puchar Davisa

Patrick Rafter, dekadę po zakończeniu kariery, znów jest w wielkim tenisie. Były lider rankingu ATP World Tour prowadzi reprezentację Australii, która w weekend zagra z Polską na Torwarze w barażu o Grupę Światową. Jego zadaniem jest zdobycie Pucharu Davisa.

Polska Agencja Prasowa: Zakończył pan karierę w 2002 roku tłumacząc to kontuzjami, chęcią poświecenia czasu rodzinie no i zmęczeniem tenisem...

Patrick Rafter: - Jaki cel ma to przesłuchanie? Jestem o coś oskarżony? (śmiech)

To nie przesłuchanie. Pytanie miało dotyczyć motywów powrotu do tenisa. Dlaczego więc został pan kapitanem reprezentacji Australii?

- Dobre pytanie, nieraz je sobie zadaję na nowo.

I jaka jest odpowiedź?

- Lubię atmosferę drużyny, która łączy wybitne indywidualności w drodze do jednego celu. Pewnie dlatego, że pochodzę z wielodzietnej rodziny. Kiedy ma się osiem osób rodzeństwa człowiek zawsze czuje się raźniej w grupie.

Cel jest jasny, czyli powrót do Grupy Światowej...

- ...nie, celem jest zdobycie Pucharu Davisa.

Ale wcześniej trzeba jeszcze awansować do Grupy Światowej. Czy to realne w tym roku?

- Gdybym w to nie wierzył, to by mnie tu nie było. Ale jestem i razem z chłopakami zrobimy wszystko, żeby to się nam udało. Nie będzie łatwo, bo Polacy to groźna drużyna, ale wierzę w nasz zespół.

Nawet na korcie ziemnym pod dachem, który jest dość wolny?

- My od dziecka trenujemy na trawie lub twardych kortach, ale "ziemia" nie jest nam obca. Gramy na mączce w turniejach w Europie, no i czasem zdarza się też w Pucharze Davisa. Na pewno nie jest to nasza ulubiona nawierzchnia, ale radzimy sobie jakoś na niej.

Rozumiem więc, że kort ziemny na Torwarze nie przeraża pana i zawodników Australii?

- Nie, po pierwszych treningach nawet zaczynamy go trochę lubić (śmiech). Może nie tak, jak Polacy, ale przecież dla nich to też nie jest ulubiona nawierzchnia. Jeśli spojrzeć na najlepsze wyniki Janowicza czy Kubota, to widać, że pewniej czują się na trawie, choć słyszałem, że u was nie ma kortów trawiastych. Skoro więc oni potrafią grać na trawie, to chyba nie trudno uwierzyć, że my możemy też zagrać dobrze na "ziemi".

Czy to groźba?

- Powiedzmy, że nadzieja poparta wiarą w moich chłopaków.

Cała Australia jest zakochana w sporcie, a tenis należy tam do bardzo popularnych dyscyplin. To oznacza chyba dużą presję przed występem w Warszawie?

- Pewnie tak, ale do tego się już przyzwyczailiśmy. Zostałem zatrudniony przez Tennis Australia z jasnym zadaniem do wykonania i pracujemy nad tym. Kolejny krok do celu musimy wykonać tutaj w Warszawie i wierzę, że nam się uda. Biorąc pod uwagę tradycje naszego kraju, osiągnięcia w Pucharze Davisa i rankingi czołowych zawodników to nasze miejsce powinno być w Grupie Światowej.

A Polski też?

- Myślę, że również, ale problem leży w tym, że awansuje tylko jedna z tych drużyn.

Która?

- Myślę, że Australia, chociaż na pewno nie będzie to łatwe. Spekulować też nie zamierzam na ten temat, bo to nie moja rola, ale po prostu mocno wierzę w swoich zawodników.

Mimo że spotkanie jest na wyjeździe i do tego na korcie ziemnym?

- Wierzę w ich doświadczenie i determinację. Drużyna zawsze wyzwala dodatkowa motywację, a nasz cel jest jasny i do niego wszyscy zmierzamy.

Skończył pan karierę ponad dekadę temu, kiedy jeszcze sporo zawodników grało w stylu serwis-wolej, tak jak pan. Czy podoba się panu obecny defensywny tenis nastawiony na zniszczenie rywala?

- Czasem faktycznie ciężko się to ogląda, ale takie są obecne realia. Korty są coraz wolniejsze, piłki coraz cięższe, więc wszystko zmierza do spowolnienia gry. Stąd coraz dłuższe mecze. Do tego dochodzi jeszcze żelazna kondycja zawodników i przygotowanie na siłowni. To się układa w całość i pewien kierunek, w jakim tenis obecnie zmierza.

Obecnie jednym z ostatnich zawodników, który potrafi odważnie po serwisie chodzić do siatki, jest Łukasz Kubot. Chyba miło powinno się panu oglądać jego grę?

- Tak, chociaż Kubot nie gra w typowym stylu serwis-wolej. Bardziej miesza grę. Potrafi też prowadzić długie wymiany z głębi kortu, a przy tym wykorzystuje nadarzające się okazje do wypadów do siatki. Pewnie mógłby częściej atakować, ale to jest coraz trudniejsze z powodów, o których już mówiłem. Jeśli gra się z kimś, kto stoi cały czas na głównej linii i strzela jak z karabinu po narożnikach kortu, to tylko samobójca mógłby się rzucać do przodu.

Jak Serhij Stachowski, który w drugiej rundzie wyeliminował właśnie chodząc do siatki Samego Rogera Federera?

- On wtedy zagrał prawdopodobnie mecz życia, zresztą w kolejnej rundzie odpadł. Ale na co dzień on też nie gra w klasycznym stylu serwis-wolej.

To w takim razie kto obecnie gra w tym stylu?

- Cóż, chyba nikt, widać nie ma już w tenisie samobójców.

Rozmawiał Tomasz Dobiecki

Dowiedz się więcej na temat: puchar davisa | Patrick Rafter

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama