Roland Garros. Magda Linette: "Odpłynęłam" na dziesięć sekund

Magda Linette przegrała z rozstawioną z numerem piątym Ukrainką Eliną Switoliną 4:6, 5:7 w trzeciej rundzie Rolanda Garrosa. Na paryskich kortach ziemnych 25-letnia Polka uzyskała swój najlepszy wynik w singlu w Wielkim Szlemie.

Początkowo Linette miała się spotkać ze Switoliną na korcie centralnym im. Philippe’a Chatriera w sobotę późnym popołudniem, w czwartym i ostatnim z wyznaczonych meczów.  Jednak późnym popołudniem gry przerwano w wyniku opadów deszczu.

Reklama

- Właściwie obojętne mi jest, czy ten mecz miałabym rozegrać wczoraj, czy dzisiaj. Cieszę się jednak, że organizatorzy dość wcześnie, bo już koło godziny 19, odwołali wszystkie mecze i mogłam szybko uciec do hotelu, no i wcześniej położyć się spać. Niestety nie udało mi się wczoraj potrenować na korcie Philippe’a Chatriera, bo musiałabym przyjechać tu o 8.40, a miałam grać dopiero czwarty mecz. Tym bardziej, że miałam współdzielić kort z Del Potro, więc wolałam go zostawić samego. Jakby mi zaserwował, to mogłabym nie wyjść na ten czwarty mecz - mówiła ze śmiechem Linette.

Ułożenie planu gier na niedzielę nie było łatwym zadaniem, bo sporo meczów zostało przełożonych na dzień następny. Wydawało się, że polsko-ukraiński pojedynek może zostać przesunięty na jeden z mniejszych kortów, ale organizatorzy wyznaczyli go na drugi największy stadion tenisowy w Lasku Bulońskim, noszący imię Suzanne Lenglen. W powszechnej opinii zawodników, ma on najwolniejszą nawierzchnię na całym obiekcie.

- Idealnie, kiedy mam grać drugi mecz, choć wtedy rano na wszystko jest mniej czasu. Ale zdecydowanie nie lubię długo czekać, aż się poprzednie mecze pokończą, szczególnie jak są przerwy z powodu deszczu. Kiedy czeka się na ostatni mecz w planie gier i trzeba być cały czas gotowym, a to jest trochę męczące. Ale w takiej sytuacji, jaka miała miejsce, to wolę wyjść nawet na pierwszy mecz następnego dnia wypoczęta. No i w sumie cieszę się, że zagrałam na Lenglen, bo ten kort, choć jest duży, to jednak sprawia wrażenie bardziej kameralnego, niż Chatrier. Lepiej się tam czułam niż na Chatrierze, gdy rok temu miałam okazję na nim trenować - powiedziała Polka.  

Od pierwszych wymian widać było, że obie tenisistki są solidnie przygotowane na wymianę potężnych ciosów. Po stronie Switoliny była zauważalna nieznaczna przewaga siłowa, szczególnie przy serwisie. Natomiast Linette urzekała techniką i swobodą uderzeń z głębi kortu, odważnymi ostrymi kątami i skutecznymi wypadami do siatki. Obie natomiast cały czas grały na granicy błędu, celując w linie i podejmując na każdym kroku maksymalne ryzyko.

W pierwszym secie 25-letnia poznanianka miała tylko jeden nieco słabszy moment, który doprowadził do jedynej w nim utraty własnego podania. Do "breaka" doszło już w trzecim gemie, na 1:2. Tej przewagi rywalka nie wypuściła z rąk do samego końca, rozstrzygając losy tej partii po 35 minutach wynikiem 6:4.

Drugi set, trwający 53 minuty, był jeszcze bardziej wyrównany i zacięty. Tym razem jego losy omal się nie przeważyły na korzyść Polki w czwartym gemie. Gdy prowadziła 2:1 miała aż cztery szanse na przełamanie serwisu przeciwniczki, ale Switolina z wielkim trudem zdołała się wybronić. To był najsłabszy moment w grze turniejowej "piątki".

- Na pewno szkoda tych czterech piłek na 3:1, bo być może set by się inaczej potoczył. Czuję, że przy każdej z nich musiałam zaryzykować, bo jakbym grała bardziej asekuracyjnie, to i tak bym nic nie zdziałała. W całym meczu było widać, że gdy tylko choć trochę zwalniałam, to momentalnie Switolina zaczynała dobrze serwować. A jak ją "przyciskałam" i starałam się agresywnie wchodzić na return.  To były i podwójne błędy i nieco słabsze drugie podanie. Szkoda oczywiście, bo była szansa, ale nie był to decydujący moment w meczu. Ten nastąpił w końcówce drugiego seta - powiedziała Interii Linette.

Choć poznaniance nie udało się wtedy zdobyć "break pointa", to nadal starała się mieszać rytm wymian i odpowiadała bardzo pomysłowymi odważnymi uderzeniami ze zmiennymi rotacjami na mocno bite płaskie piki, które dość wysoko odskakiwały po koźle.  To nie pozwalało się rozpędzić bardziej atletycznie zbudowanej rywalce.

- Z perspektywy całego spotkania, to trochę jednak brakło mi do końca odwagi, żeby cały czas mocniej wchodzić w kort, bardziej atakować i dociskać ją. Niby wiedziałam, co mam zrobić, ale nie zawsze szłam do końca za swoim uderzeniami, tak w 100 procentach. Ona gra specyficznie, bo czasami z dziwnych piłek nagle przyspiesza, a innym razem z dziwnych piłek gra niespodziewanie bardzo wolno. Czasami łatwo udawało mi się ja "przegonić" po korcie, a w innych momentach zupełnie mi to nie wychodziło. Ale myślę, że jestem na dobrej drodze do poprawy swojej gry i cieszę się, że zagrałam trudny mecz z bardzo dobrą zawodniczką i na wielkim korcie. To bardzo dobre doświadczenie, które powinno zaprocentować - dodała Linette.

Tym razem kluczowe przełamanie serwisu Polki nastąpiło w 11. gemie, gdy przy dwóch ostatnich piłkach lekko się zdekoncentrowała. Chwilę później Ukrainka wygrała swoje podanie do zera, wykorzystując pierwszego meczbola po godzinie i 28 minutach wyrównanej walki.

- Szalenie szkoda mi tego gema serwisowego, ale bardzo trudno mi było utrzymać na maksymalnym poziomie koncentrację przez cały mecz, tak długi i trudny nie tylko fizycznie, ale i mentalnie. Pomimo tego, to był chyba mój pierwszy tak ciężki mecz w Wielkim Szlemie, na takim poziomie skupienia, gdy cały czas udawało mi się zachowywać spokój. Od 4:4 czułam już w głowie zmęczenie, bo tak długo grać na takim poziomie nie zdarza mi się co dzień. Żałuję, że dwie piłki mi uciekły i kosztowało mnie to gema serwisowego, a tak naprawdę cały mecz. To jest jeszcze ta różnica w doświadczeniu, bo ona cały czas, do ostatniej piłki, wiedziała co robić jak grać, kiedy "przycisnąć". A ja "odpłynęłam" dosłownie na dziesięć sekund - powiedziała Interii Linette.

Przed Rolandem Garrosem najlepszym wynikiem poznanianki w Wielkim Szlemie była druga runda osiągnięta we wrześniu w nowojorskim US Open. Poza tym siedmiokrotnie przegrywała pierwsze mecze w tym cyklu.

- W sumie śmiało można powiedzieć, że był to męski tenis w najlepszym wydaniu. Obie pilnowały swoich serwisów i wiadomo było, że każde przełamanie może oznaczać w perspektywie przegranego seta. Nie odpuszczały żadnej piłki, ryzykowały i przede wszystkim rzadko popełniały niewymuszone błędy. Jeśli się myliły, to nieznacznie, często wynikało to z postawienia wszystkiego na jedną kartę. To, na co trzeba bardzo zwrócić uwagę, to niesamowity spokój Magdy, która nawet przez chwilę nie sprawiała wrażenia speszonej, niepewnej swoich umiejętności. Grała jak równa z równą z szóstą dziewczyną na świecie, to zasługuje na szacunek i uznanie - powiedział Interii Mario Trnovski z MTWA Academy, który w przeszłości współpracował z deblistami Mariuszem Fyrstenbergiem i Marcinem Matkowskim, czy Klaudią Jans-Ignacik.

W niedzielę w trzeciej rundzie debla odpadły Alicja Rosolska z Japonką Nao Hibino, ponosząc porażkę z Belgijką Kirsten Flipkens i Włoszką Francescą Schiavone 3:6, 2:6 W tej sytuacji w gronie seniorów w paryskiej imprezie pozostała tylko dwójka Polaków w mikście - Rosolska i Marcin Matkowski, grający z zagranicznymi partnerami.

Dzień wcześniej, również w trzeciej rundzie, z tegorocznym Rolandem Garrosem pożegnała się Agnieszka Radwańska. Krakowianka, rozstawiona z numerem dziewiątym, przegrała z Francuzką Alize Cornet 2:6, 1:6.

Z Paryża Tomasz Dobiecki


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje