Marek Cieślak złamał słowo. Szkoda, że tak się dzieje

Marek Cieślak przeszedł z Falubazu Zielona Góry do Włókniarza Częstochowa, a tym samym efektowną klamrą spiął najbardziej interesujący okres transferowy ostatnich lat. Dawno już zmiana klubu przez jakiegokolwiek szkoleniowca nie wzbudziła takiego zainteresowania.

Wiadomo, trener reprezentacji, multimedalista drużynowych mistrzostw Polski, facet, który naprawdę się na tym zna. Pożegnanie Cieślaka z Falubazem wywołało jednak tyle szumu też dlatego, że trener dawał słowo, że w Zielonej Górze zostanie. Jak wynika  z oświadczenia klubu jeszcze w ubiegłym tygodniu selekcjoner zapewniał, że w Falubazie zostaje, a tydzień później był już w Częstochowie.

Reklama

Marek Cieślak tłumaczy, że o przeprowadzce zadecydował ciężki stan zdrowia jego mamy, trener na co dzień chce być bliżej niej w tych trudnych dniach i głównie dlatego związał się z Włókniarzem. Z takim argumentem nawet nie wypada dyskutować, przy sprawach rodzinnych wszelkie sportowe aspekty życia bledną i tracą znaczenie. Skoro jednak jeszcze tydzień temu trener deklarował, że nigdzie się z Zielonej Góry nie rusza, a jednak się ruszył, to albo sytuacja rodzinna Marka Cieślaka w tym ostatnim tygodniu mocno się zmieniła i kodeks honorowy musiał schować do kieszeni, albo po prostu, wbrew zapowiedziom, wybrał ofertę ciekawszą.

Abstrahując już zupełnie od selekcjonera, bo jego sytuacja jest niejednoznaczna, jak na dłoni widać, że w polskim żużlu dane słowo nie ma żadnego znaczenia. Greg Hancock obiecywał, że podpisze kontrakt w Lublinie, po czym wylądował w Rzeszowie, Leon Madsen, kiedyś ściskał dłonie prezesów w Grudziądzu, żeby wylądować w Tarnowie i takich przypadków jest znacznie więcej. Właściwie co chwilę czytamy w branżowych mediach, że ktoś nie dotrzymał obietnicy, zignorował wspólne ustalenia, zwyczajnie okłamał. Wygląda na to, że nasz żużel to świat w którym "TAK" jest skrótem od "TAKże pomyślę o tym", a "NIE" krótszą wersją "NIEwykluczone". Bardzo to smutne, że w naszym środowisku uścisk dłoni i dana obietnica to gesty kompletnie błahe, nie pociągające za sobą żadnych konsekwencji. Pewnie takie przypadki zdarzają się też w innych dyscyplinach sportu, ale mam wrażenie, że w żużlu są widoczne aż nadto i za chwilę wejdą do kanonu zachowań typowych.  Rozmowy kontraktowe w polskim żużlu coraz bardziej przypominają tę słynną pierwszą randkę, podczas której dziewczyna proszona jest o seks: jeżeli mówi "Nie" to znaczy "być może", jeżeli mówi "być może" to znaczy "Tak", a jeżeli mówi "Tak", to znaczy, że prostytutka. Przepis na rozmowę kontraktową w światku żużlowym - nie słuchaj co mówi, zgaduj co myśli.

Rozczarowujące. Oczywiście każdy ma prawo zmieniać pracodawcę tak często jak mu się podoba, każdy chce zarabiać więcej, skandaliczne jest tylko łamanie obietnic.

Wracając do Marka Cieślaka, to wiele mówi się o tym, że trenerowi nie podobało się ignorowanie go przy budowie składu na sezon 2018. Nie wszystkie ruchy transferowe Falubazu były z nim konsultowane i z tego nie mógł być zadowolony. Tym bardziej dziwi, że jeszcze kilka dni temu, kiedy drużyna była już złożona, deklarował chęć dalszej współpracy.

Mocno temat uproszczając zamienił Falubaz, gdzie nie miał wpływu na skład, na Częstochowę, gdzie nie miał wpływu na skład.

Wśród krytykujących ruch trenera często pojawia się opinia, że to koniunkturalista, który zawsze idzie tam gdzie wyczuje sukces, gdzie bardziej pachnie złotem, a z takiego rozumowania prosta droga do wniosku, że Cieślak nie jest wybitnym szkoleniowcem, a raczej ma zdolność przewidywania wydarzeń i przemieszczania się tam, gdzie akurat jest miło. Z tym się nie zgadzam, przez całą swoja karierę udowodnił selekcjoner, że wie jak się zdobywa medale, a że przy tym akurat potrafi się znaleźć w odpowiednim miejscu i czasie, to już można dodać tylko do jego zalet. Na jego transferze Częstochowa raczej nie straci.

Co do Falubazu, to w okresie transferowym wyglądał trochę jak bogaty właściciel pięknej willi, do której wpadła banda złodziei. Falubaz nie dzwonił na policję po pomoc, bo złodzieje powiedzieli, że nic nie ukradną. Falubaz siedział więc sobie spokojnie w fotelu, a tu nagle okazało się, że złodzieje jednak ukradli i to najcenniejsze precjoza. No szok. Teraz jest rozczarowanie i pytania jak to się mogło stać. Mam pewne przeczucie, że po tym okresie transferowym Zielona Góra zacznie bardziej doceniać niedawne panowanie Roberta Dowhana.

Michał Korościel

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje