Wimbledon 2015. Agnieszka Radwańska: Nie było rewolucji i wymyślania niestworzonych rzeczy

Nasza rakieta numer jeden, czyli Agnieszka Radwańska udanie rozpoczęła przygodę z tegorocznym Wimbledonem. Krakowianka w pierwszej rundzie bez większego trudu uporała się z Czeszką Lucie Hradecką. Korty trawiaste to ulubiona nawierzchnia Polki i doskonała okazja na to, żeby wrócić do wysokiej formy. - Solidność jest jedną z najważniejszych cech tenisisty, bo sezon trwa wiele miesięcy. Mam jednak nadzieję, że gorszy okres już minął i teraz będzie dużo lepiej" - powiedziała Radwańska.

We wtorek rozpoczęła pani udział w swoim 10. Wimbledonie. Taka rocznica jest dla pani ważna?

Reklama

Agnieszka Radwańska: Chyba nie ma to dużego znaczenia. Oczywiście jest to okrągła liczba i na pewno robi wrażenie, bo jednak nie opuściłam żadnej edycji tego turnieju i miałam kilka fajnych startów. Zostało mi na pewno jeszcze kilka i zobaczymy, jak pójdzie.

Z Lucie Hradecką, rywalką w pierwszej rundzie, miała pani przed wtorkowym spotkaniem bilans 0-3. Kolejna przeciwniczka - Ajla Tomljanović - w jedynym waszym dotychczasowym pojedynku wyeliminowała panią przed rokiem z Rolanda Garrosa. Zwraca pani uwagę na bilans z zawodniczkami, z którymi ma się zmierzyć? Pojawia się dodatkowa motywacja, by poprawić takie statystyki?

- To raczej nie ma dużego znaczenia, choć te mecze też stanowią lekcję, bo jak się z kimś już grało, to później jest łatwiej. Wiadomo, czego się spodziewać, co trzeba zrobić, żeby wygrać mecz i żeby teraz wynik był korzystny. Tak naprawdę każde spotkanie uczy i dodaje doświadczenia. Choć oczywiście bardzo chce się też rewanżu.

W pani ćwiartce w drabince Wimbledonu są dwa znaczące nazwiska - Jekaterina Makarowa, która rok temu zakończyła pani przygodę z tą imprezą oraz broniąca tytułu Petra Kvitova. Co pani pomyślała po zobaczeniu wyników losowania?

- Nawet nie widziałam drabinki tak naprawdę. Jeśli będę miała z którąś z nich zagrać, to się będę martwić. Na razie jestem w drugiej rundzie.

Trener Tomasz Wiktorowski przyznał, że zauważalna jest poprawa w pani grze, że widać energię, wiarę i zaangażowanie. Czy taką pozytywną zmianę można tłumaczyć przejściem na korty trawiaste?

- Na pewno one zawsze działają na mnie korzystnie i zawsze czułam się bardzo dobrze na takiej nawierzchni. Jest mi po prostu łatwiej na niej grać. Zupełnie inaczej jest choćby na ziemnej, która jest tuż przed trawą, a na niej nie mam takiej swobody gry. Robię, co mogę, ale jak widać jest coś, co mi nie pasuje. Oczywiście, początek roku był trochę ciężki. Byłam trochę podmęczona, nie czułam się dość dobrze. Ale teraz jakby się wszystko odwróciło i wróciło na swoje miejsce. Mam nadzieję, że to się przełoży na moje wyniki.

Można zatem powiedzieć, że kryzys już za panią?

- Mam nadzieję, że tak. Aczkolwiek to jest sport. Tutaj zawsze można przegrać w pierwszej rundzie i to nawet kilka razy z rzędu. Widać to po niektórych, nie trzeba daleko szukać. Wiadomo, o kim mowa. To nie jest kwestia jednego turnieju, żeby zagrać dobrze, tylko co najmniej kilkunastu. Solidność jest jedną z najważniejszych cech tenisisty, bo sezon trwa wiele miesięcy. Mam jednak nadzieję, że gorszy okres już minął i teraz będzie dużo lepiej.

Eksperci w mediach wyliczali sposoby na uporanie się ze spadkiem formy. Pani pytała kogoś "z boku" o radę czy omawiała tę sprawę tylko ze swoim sztabem szkoleniowym?

- Zostało to w naszym gronie. Uznaliśmy, że raczej trzeba zachować konsekwencję i robić swoje, pracować nad tym, nad czym trzeba. Nie było żadnych rewolucji i wymyślania niestworzonych rzeczy, bo tutaj nie o to chodzi. Trzeba tylko robić swoje i po prostu poczekać, aż coś nagle "pstryknie" i sytuacja odwróci się.

Pojawiła się w ostatnich miesiącach taka obawa, że może już się skończyła dobra passa i nie zdoła pani wrócić do czołówki?

- Nigdy nie wiadomo, czy ten najlepszy czas już minął, czy dopiero nastąpi. W sporcie wszystko się może wydarzyć. Niektóre dziewczyny najlepsze wyniki osiągają w wieku 20, inne w wieku 30 lat. Tu nie ma reguły. Każdy sportowiec jest indywidualnym przypadkiem i nic nie można przewidzieć.

Podobno nie czyta pani artykułów na swój temat, więc wszelkie głosy na temat słabszej formy, jak i ostatniej poprawy, do pani nie docierają?

- Odcinam się od tego. Nie jestem zwolenniczką czytania i oglądania wszystkiego na mój temat.

Zarówno w półfinale w Nottingham, jak i w finale w Eastbourne w trzecim secie przegrała pani 0:6. To efekt zmęczenia czy chodziło o coś innego?

- Te dwa mecze były zupełnie inne, trudno je porównywać. W tym ostatnim finale było chyba widać, że niby szło równo, ale zawsze na tą jedną stronę w trzecim secie i jakoś tak to uciekło. Warunki były ciężkie. Oczywiście, ja wcześniej grałam dwie i pół godziny, rywalka - trzy gemy, a to robi różnicę.

Przez pierwsze kilka miesięcy tego sezonu najczęściej pytano panią chyba o Martinę Navratilovą. Utytułowana Amerykanka czeskiego pochodzenia nie jest już pani konsultantką. Planuje pani - w bliższej lub dalszej przyszłości - znalezienie kogoś na jej miejsce?

- Na razie raczej nie ma takiego tematu.

Po odpadnięciu w pierwszej rundzie Rolanda Garrosa mówiła pani, że najbardziej denerwuje ją to, iż nie jest w stanie grać tak, jak sobie to zaplanowała. Teraz piłka bardziej "słucha"?

- Bardziej słucha, oczywiście. Mam większy luz i nie męczę się aż tak, jak to było wcześniej. Ta swoboda po prostu wróciła. A czy to jest kwestia trawy, czy czegoś innego - wydaje mi się, że wszystkiego po trochę i po kolei. Teraz idzie wszystko lepiej, tak po prostu. Można powiedzieć, że nieważne dlaczego, ale liczy się to, że jest lepiej.


Dowiedz się więcej na temat: Agnieszka Radwańska | Wimbledon

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje