"Czarny sport" na pochyłej

Cztery spotkania żużlowej ekstraligi ogląda więcej kibiców niż siedem meczów piłkarskiej ekstraklasy. Na czym polega polski fenomen "czarnego sportu" i dlaczego podejmowane są decyzje, które szkodzą popularności tej dyscypliny?

Chociaż kolebką sportu żużlowego jest Australia (West Maitland - pierwszy wyścig zorganizowano w 1923 roku), a pierwsza profesjonalna liga powstała w Anglii (1929), to jednak tylko w Polsce pojedynki ekstraligi ogląda na żywo ponad 20 tysięcy widzów!

Reklama

Takiej frekwencji na żużlowych stadionach zazdroszczą nam Szwedzi, Duńczycy, Anglicy czy Australijczycy. W ich krajach "czarny sport" ma prowincjonalny charakter i jego wielbiciele mniej emocjonalnie podchodzą do wydarzeń na torze, traktując go bardziej w kategoriach dobrej rozrywki czy hobby.

Tymczasem żużel w Polsce z powodzeniem konkuruje swoją popularnością z siatkówką czy koszykówką. Silne ośrodki "speedwaya" znajdują się we Wrocławiu, Bydgoszczy, Gdańsku, Lublinie, Częstochowie (miasta powyżej 300 tysięcy mieszkańców), czy też w Gorzowie Wlkp., Rzeszowie, Tarnowie, Zielonej Górze, Rybniku i Lesznie, których nie sposób przecież porównać do piłkarskich Wronek, Grodziska Wielkopolskiego oraz Łęcznej i nazwać prowincjami. Zdominowane futbolem Warszawa, Łódź i Kraków nie zakorzeniły dostatecznie w sobie tradycji "czarnego sportu", chociaż paradoksalnie pierwszym Drużynowym Mistrzem Polski było ... PKM Warszawa.

Wypełnione po brzegi stadiony nie są jedynie efektem angażu najlepszych żużlowców świata w polskich klubach. Trzykrotny mistrz świata, Duńczyk Hans Nielsen podpisując w 1990 roku kontrakt z Motorem Lublin dał tylko sygnał reszcie stawki. Dodatkowy magnes w postaci najlepszych jeźdźców z Anglii, Szwecji, Danii czy Australii przyciągnął na trybuny jeszcze więcej fanów i uatrakcyjnił ligowe zmagania.

Najlepszym przykładem tego zjawiska był sezon 2003, kiedy to decydujące o złotych medalach cztery spotkania (w rundzie zasadniczej i play-off) Włókniarza Częstochowa z Apatorem Toruń obejrzało na żywo ponad 80 tysięcy widzów, a ostatni pojedynek tych drużyn ściągnął na trybunach częstochowskiego obiektu 30 tysięcy kibiców! W składach obu zespołów było w sumie aż siedmiu uczestników (tych z najwyższej półki - Crump, Rickardsson, Sullivan, Jonsson, Holta) prestiżowego cyklu Grand Prix i fani rzeczywiście mogli się pasjonować walką na torze. Dzięki temu nasza ekstraliga uważana była za najlepszą na świecie.

Jednak przed sezonem 2004, Główna Komisja Sportu Żużlowego (taki odpowiednik piłkarskiego PZPN), nie doceniła kolejno; rekordowych wpływów od sponsorów i z biletów dla klubów, poziomu rywalizacji sportowej, atmosfery na trybunach oraz wysokiej oglądalności telewizyjnych transmisji, i ku zaskoczeniu sympatyków żużlowego sportu wprowadzono limit (z dwóch na jednego) obcokrajowców startujących w jednym zespole!

Dodatkowo Marek Karwan, nowo wybrany przewodniczący GKSŻ, tłumaczył regulaminową zmianę (której był gorącym zwolennikiem) ochroną klubowych budżetów przed "zachłannymi" jeźdźcami zza granicy oraz troską o umiejętności polskich zawodników, których rzekomo spora grupa pozostawała bez pracy.

Efekt tych "ochronnych" zabiegów był jednak opłakany. Tegoroczne rozgrywki śledziło bezpośrednio z trybun mniej kibiców, a w wielu spotkaniach brakowało oczekiwanych emocji. Spadła oglądalność transmisji zmagań ekstraligi, co skłoniło Polsat do wysunięcia roszczeń dotyczących anulowania limitu jednego obcokrajowca. Niechciani w Polsce znaleźli zatrudnienie w brytyjskiej Elite League, czy szwedzkiej Eliteserien.

Oszczędności, które miało przynieść pozbycie się ciężaru związanego z angażem drugiego zagranicznego żużlowca, przeznaczane były na ... angaż krajowych zawodników, którzy wyczuli swoją szansę na lepszy zarobek i zwiększali swoje wymagania względem proponujących im kontrakty zespołów.

Zwiększyła się również presja działaczy na wyniki tych, którzy w składzie drużyny mieli zastąpić zagraniczne gwiazdy. Doświadczeni jakoś sobie z tym problemem radzili, ale młodsi bardziej odczuwali ten ciężar "sławy". Bolesny przykład samobójczej śmierci Rafała Kurmańskiego jest dla wszystkich przestrogą, że oprócz niebezpieczeństw na torze (w 50-letniej historii dyscypliny 40 polskich żużlowców straciło życie w wypadkach na torze), na sportowców czekają również inne, te nie mniej groźne. "Kurmanek" miał przecież tylko 22 lata ...

Przed sezonem 2005 GKSŻ dokonała kolejnej korekty regulaminu (powrót play-off, wprowadzenie wzorem z Elite League punktów bonusowych, możliwość skorzystania z rezerwy taktycznej także w biegach nominowanych), jednak o tej najważniejszej zapomniano. Jak to wpłynie na atrakcyjność ekstraligi i frekwencje na stadionach? Mądrzejsi będziemy dopiero jesienią przyszłego roku.

Dowiedz się więcej na temat: sporty | sport | czarny

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje