FC Barcelona przed wielkim starciem z Realem

Real Madryt może przegrać bitwę na Camp Nou, wygrywając wojnę o mistrzostwo Hiszpanii. Barcelona zwyciężyć dziś musi, a potem jeszcze cztery razy. I nawet to nie daje jej gwarancji obrony tytułu. "Gdyby na ławce Barcelony siedział drugi Mourinho, doszłoby do wojny domowej między Hiszpanami i Katalończykami" - tak skrajną diagnozę stawia były portugalski bramkarz Vitor Baia.

"Jeśli Barcelona wygra na Camp Nou, wywoła panikę w Madrycie" - uważa były napastnik "Królewskich" Fernando Morientes. Pep Guardiola przypomina jednak, że bez względu na wynik klasyku, to rywal zachowa losy mistrzostwa w swoich rękach. Po trzech latach dominacji w Hiszpanii, Barcelona znalazła się w obcej skórze. Dotąd to drużyna Guardioli przybywała w końcówce sezonu na Santiago Bernabeu, by tam bronić swojej przewagi. Udawało jej się to zawsze (6-2, 2-0, 1-1).

Dla Realu również to bój na śmierć i życie

Reklama

Dziś sytuacja jest dokładnie odwrotna. W rolę Barcy wciela się Real, który na pięć kolejek przed końcem wyścigu po tytuł, ma o cztery punkty więcej. Trudno jednak powiedzieć, by drużyna Jose Mourinho mogła grać na Camp Nou bez presji. Jeszcze dwa miesiące temu, gdy przewaga wynosiła 10 pkt, najwięksi madryccy optymiści śnili nawet o szpalerze w Gran Derbi. Tymczasem Real pozwolił sobie na trzy remisy, co oznacza, że dziś stoczy kolejny bój na śmierć i życie. Gdyby tak, jak stawiają bukmacherzy przegrał klasyk, a potem stracił tytuł, Mourinho zaliczyłby najbardziej upokarzająca wpadkę w karierze. A przecież Portugalczyk niczego nie traktuje bardziej osobiście, niż porażek z Barceloną.

Odkrycie genezy konfliktu jest w zasadzie banalnie proste. Na 100 lat zaciekłej rywalizacji obu klubów nałożyła się prywatna historia człowieka o wyjątkowo rozbudowanym ego. "Gdyby na ławce Barcelony siedział drugi Mourinho, doszłoby do wojny domowej między Hiszpanami i Katalończykami" - tak skrajną diagnozę stawia były portugalski bramkarz Vitor Baia.

Dlaczego nazywają go "Tłumacz"

Jose uczył się fachu w Barcelonie, u boku Bobby'ego Robsona, z tych czasów pochodzi przezwisko "Tłumacz", na które "Mou" reaguje alergicznie. Wszystko potoczyło się tak, jak musiało. Klub z Katalonii jest zbyt wielką firmą, by powierzał swoje losy najzdolniejszym nawet asystentom. Dlatego po zakończeniu współpracy z Robsonem, a potem z Louisem van Gaalem, "Mou" nie był nawet kandydatem na ich następcę. Został nim dopiero w 2009 roku, kiedy zbudował imponujące CV w Porto i Chelsea.

Zimą, cztery lata temu, gdy szefowie Barcy zorientowali się, że Frank Rijkaard ostatecznie przestał panować nad Ronaldinho i spółką, spotkali się z Mourinho. Ówczesny dyrektor sportowy Txiki Beguiristain wspomina, że od strony profesjonalnej Portugalczyk wypadł doskonale, i był opcją nr 1. Wątpliwości budziła tylko jego wybujała osobowość. W ostatniej chwili do akcji wkroczył inny człowiek o ego podobnej wielkości. Johann Cruyff przekonał prezesa Joana Laportę, by postawił na Pepa Guardiolę. Trudno stwierdzić, że był to zły wybór (13 trofeów na 16 możliwych).

Jose i obłęd zbiorowy

Pep i "Mou" są dziś właściwymi ludźmi na właściwym miejscu. Czy jest lepszy kandydat na kierowanie najbogatszym klubem świata, niż najbardziej utytułowany w ostatnich latach trener? Droga Mourinho na szczyt polega jednak na nieustannej konieczności potwierdzania się w bataliach z klubem, w którym wyrósł. To jest rodzaj obłędu. Zbiorowego. Tak się bowiem złożyło, że nie ma dziś na świecie innej rywalizacji klubów, która antagonizowałaby ludzi w takim stopniu.

W hiszpańskich klasykach zawsze było mnóstwo niezdrowej zaciekłości, ale od chwili pojawienia się Mourinho, proces polaryzacji obu stron się zwielokrotnił. Dziś dotarł do granic paradoksu - wielu postronnych kibiców zadaje sobie pytanie: czy warto było budować dwa unikalne gwiazdozbiory naszpikowane geniuszami wszelkiej maści, po to, by wychodzić na boisko z żądzą rozstrzygania meczu pięściami i łokciami?

Nad tym, by dziś na Camp Nou było inaczej, czuwać ma Undiano Mallenco. Sędzia, który wywołuje u Mourinho słodkie wspomnienia z finału Pucharu Króla, jedynego zwycięstwa Realu nad Barcą w 14 ostatnich konfrontacjach. Czy starczy mu charakteru? Pod tak ogromną presją jak arbiter z Kantabrii nie będzie dziś na Camp Nou pracował ani Cristiano Ronaldo, ani Leo Messi.

Rywalizacja tych dwóch graczy osiągnęła poziom kosmiczny. W Primera Division zdobyli łącznie 82 gole (dokładnie po 41). Są tylko trzy drużyny w wielkich ligach Europy, które strzeliły więcej bramek od nich: Barcelona (96), Real Madryt (107) i Manchester City (85), tyle że Anglicy rozegrali jeden mecz więcej.

FC Barcelona - Real Madryt w sobotę o godz. 20

Bezpośrednią transmisję z sobotniego meczu FC Barcelona - Real Madryt przeprowadzi stacja Canal+ Sport.

Zapraszamy na relację internetową z Grand Derbi!

Barca na okrągło! 24 h na dobę! Nie przegap żadnego newsa! Zaprenumeruj informacje na jej temat!

Real od rana do nocy! Bądź na bieżąco i zaprenumeruj wszystkie informacje na jego temat!

Dyskutuj na blogu Darka Wołowskiego

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje