Interia z Eurosportem pokażą wielki sport w każdym wymiarze

Jak Kamil Stoch skasował konkurencję, Piotrek Żyła poleciał z wiatrem, a nawet pod wiatr, Justyna Kowalczyk włączyła na podbiegu "klasyka" turbinę, czy też Agnieszka Radwańska zachwyciła techniką i wykonała zagranie miesiąca? O tym wszystkim u nas mogliście przeczytać od dawna. Od teraz wszystko to będziecie mogli zobaczyć i to tuż po wydarzeniu, a czasem w jego trakcie! Dzięki powstaniu eurosport.interia.pl.

13 listopada serwis Sport Interii połączył się z Eurosportem. Powstały w ten sposób eurosport.interia.pl zaoferuje nie tylko mnóstwo profesjonalnych tekstów, ale także bogaty materiał wideo. Już niebawem prawdziwym fanom sportu pokażemy wszystko, co będzie się działo się podczas igrzysk olimpijskich w Pjongczang. Do woli będziecie mogli podziwiać starty każdego z Polaków.

Reklama

Już od najbliższych zawodów Pucharu Świata w Wiśle, które rozpoczynają się w piątek, skok każdego, spośród Polaków do obejrzenia będzie u nas, na wyłączność w polskiej sieci!

Od Fortuny przez Kozakiewicza, aż po Stocha

Po utworzeniu serwisu eurosport.interia.pl kibice będą mieli co czytać i oglądać. Czy to przy porannej kawie, w drodze do szkoły i pracy, czy wieczorową porą. Znajdziecie u nas bogatą paletę ciekawych tekstów o każdej dyscyplinie, a nade wszystko unikalną bazę doskonałej jakości filmików sportowych, jakiej legalnie nie ma nikt inny w Polsce. Będziecie chcieli, aby wam przypomnieć, a młodszym pokazać po raz pierwszy, wspaniały skok Władysława Kozakiewicz podczas IO w Moskwie, ze słynnym gestem, wykonanym w stronę gwiżdżącym na niego Rosjanom? Nie ma sprawy! Zainteresuje was skok po złoto Wojciecha Fortuny w Sapporo? Proszę bardzo! Już dzisiaj na antenie stacji Eurosport 1 zadebiutuje niezwykły program "Kamil Stoch. Moja historia". Reportaż o naszym mistrzu, prezentujący codzienne życie skoczka. Fragmenty materiału możecie zobaczyć w naszym serwisie już teraz:

Pełny obraz igrzysk w sieci tylko u nas!

Eurosport dysponuje prawami do transmisji wszystkich igrzysk olimpijskich, zarówno letnich, jak i zimowych. Jest najmocniejszą marką w europejskich mediach, a głównym nadawcą najbliższych IO w Pjongczangu będzie na terenie 48 krajów, w tym w Polsce. Nad Wisłą stacja prezentuje wydarzenia na dwóch kanałach: Eurosport 1 i Eurosport 2, na których na okrągło prowadzone są transmisje z wydarzeń sportowych.

Z wielkimi nadziejami czekamy na sezon sportów zimowych. Już od czwartku stacja relacjonować będzie otwarcie zimowego sezonu w skokach narciarskich. Po raz pierwszy w historii sezon rozpocznie się w Polsce, w Wiśle, na obiekcie im. Adama Małysza.

Każdy skok Kamila Stocha i jego kolegów będziecie mogli zobaczyć nie tylko na dużym ekranie na antenach obu kanałów Eurosportu, ale także w internecie, dzięki serwisowi eurosport.interia.pl. W polskiej sieci najwięcej igrzysk zobaczycie u nas!

Jaroński woła "Pchamy!"

Eurosport to wielu uznanych i rozpoznawalnych komentatorów, na czele z Tomaszem Jarońskim, czy Markiem Rudzińskim. Obaj zresztą, w lutym 2018 r. wyruszają się do Pjongczang, by stamtąd relacjonować wydarzenia XXIII Zimowych Igrzysk Olimpijskich.

Kibicom kolarstwa, czy biathlonu nie trzeba przedstawiać pary Tomasz Jaroński - Krzysztof Wyrzykowski. Fragmenty ich komentarzy są przebojami internetu. Do powszechnego obiegu weszło słynne "Pchamy! Pchamy!", gdy Rafał Majka jechał po pierwszy triumf w Tour de France, czy "Rach-ciach-ciach!", gdy ktoś na strzelnicy trafił pięć na pięć.

Na wspomnienie tamtych przebojów komentatorskich Tomasz Jaroński tylko się uśmiecha.

- W dobrym znaczeniu, jestem kibicem polskiego sportu, więc, rzecz jasna, dużo lepiej mi się komentuje, gdy "Biało-Czerwoni" odnoszą sukcesy. Pierwsze zwycięstwo Rafała Majki na Tour de France, czy zdobycie srebrnego medalu przez Tomka Sikorę podczas igrzysk w Turynie to jak na razie najprzyjemniejsze chwile, jakie miałem okazję relacjonować na antenie Eurosportu - mówi Interii red. Jaroński, który za największy, komentatorski "odlot" uznaje wspomniane już "Pchamy! Pchamy!", jakim z red. Wyrzykowskim wspierali uciekającego we Francji Majkę.


Życie komentatora to nie tylko podróże po całym świecie, w pogoni za sportowcami, ale też godziny spędzone w studiu komentatorskim, tzw. dziupli. Trzy telewizory, komputer, słuchawki z mikrofonem w klimatyzowanym pomieszczeniu - wszystko ma swoje plusy i minusy.

- Gdy jesteś na miejscu wydarzeń, czujesz to samo co zawodnik, czy kibic: ziąb, upał, padający deszcz. Łatwiej wczuć się w atmosferę, niż będąc w studiu. Ono ma z kolei tę zaletę, że jest komputer pod ręką i kawa też - porównuje red. Jaroński i dodaje, że wszędzie i zawsze nie można jeździć, ale od czasu do czasu trzeba się przewietrzyć. 

Możecie być spokojni, że każdy kolejny hit komentatorski Jarońskiego, Wyrzykowskiego i innych mistrzów mikrofonu pokaże serwis eurosport.interia.pl

Słynne "Pchamy! Pchamy!" z Rafałem Majką wymusiło na parze Jaroński - Wyrzykowski wspięcie się na wyżyny. Etap był długi, kilka godzin komentowania na żywo, nie można pozwolić sobie na żadną wpadkę, na żaden lapsus.

- Trudność komentowania polegała na tym, że przez kilkanaście minut trzeba było utrzymywać napięcie. Spontaniczności dodawał fakt, że rywale gonili Rafała. Na szczęście Majka wygrał, a my z Krzyśkiem Wyrzykowskim popłynęliśmy, czy - jak niektórzy mówią - "odlecieliśmy" - wspomina Jaroński.

Dla pana Tomasza dobiega właśnie końca okres wytchnienia po intensywnym sezonie kolarskim.

- To akurat naturalne przy moich specjalnościach, że gdy kończy się kolarstwo, to człowiek odczuwa przesyt. Listopad jest luźniejszy i później czeka się na biathlon, na zimę, na cotygodniowy Puchar Świata. Teraz najważniejszym wydarzeniem są igrzyska olimpijskie. Mam nadzieje związane z występem dziewczyn, z którymi, jako komentator, byłem przez ostatnie kilka lat. Dla Weroniki Nowakowskiej, Magdy Gwizdoń i Kryśki Pałki będzie to najważniejszy start. Chciałbym, żeby któraś z nich stanęła na pudle. Biathlon jest loteryjny, wszystko się może zdarzyć. Łącznie z medalem którejś z naszych zawodniczek - uważa red. Jaroński, dodając, że w biathlonie, oprócz przygotowania i umiejętności, potrzebna jest doza szczęścia.

Rudziński skomentuje medale skoczków. Liczy na co najmniej trzy

Marek Rudziński komentatorem jest od 35 lat, w Eurosporcie pracuje od 17. Na pierwszych igrzyskach relacjonował występy Polaków w Seulu, w 1988 r., dla Polskiego Radia. Teraz również pojedzie do Korei Południowej.

- Seul w 1988 roku był moją pierwszą wizytą w tak olbrzymim mieście. Robił wrażenie, chociaż ze względu na pogróżki ze strony Korei Północnej, wokół widziało się pełno wojskowych, dachy obstawione snajperami - wspomina red. Rudziński.

Na tamtych igrzyskach komentował lekkoatletykę, koszykówkę i boks.

- Doskonale pamiętam walkę Henryka Petricha o brązowy medal w kategorii półciężkiej. Wyszła z tego fajna transmisja. Dzisiaj, gdy nasz amatorski boks właściwie nie istnieje, taki występ pięściarza wzięlibyśmy w ciemno - uważa doświadczony komentator.

Przed igrzyskami w Pjongczang jest optymistą, a najwięcej radości powinni nam dostarczyć skoczkowie, których występy skomentuje właśnie Marek Rudziński.

- Uważam, nie dlatego, że takie są marzenia czy życzenia dziennikarza-kibica, ale wedle realnych przesłanek, że zdobędziemy trzy medale w skokach. Medal w konkursie drużynowym jest niemal stuprocentowy, do tego powinny dojść dwa indywidualnie - wylicza ekspert w dziedzinie skoków. 

Choć do prawdziwej zimy w Polsce jeszcze daleko, sezon dla skoczków rozpocznie się właśnie u nas, już w najbliższy weekend, w Wiśle. Sporym osiągnięciem jest polska technologia kładzenia śniegu, odpornego na temperatury nawet do plus 15 stopni Celsjusza.

- Takich doczekaliśmy czasów, w których sztuczny śnieg wytrzymuje ciepło, a na ceramicznych dojazdach w ogóle go nie potrzeba, ale moim zdaniem jest za wcześnie na start sezonu, skoro nie ma prawdziwej zimy za oknami. Tak jednak jest ten kalendarz imprez ciasny, że zawody o Puchar Świata muszą się zaczynać w połowie listopada - podkreśla Marek Rudziński.

Nowa odsłona biathlonistek

Jaroński jest również optymistą przed sezonem biathlonistek, obserwując dużą motywację naszych zawodniczek i poprawę mentalności po zmianie trenera na Tobiasa Torgersena.

- Teraz dziewczyny chcą walczyć i miejmy nadzieję, że kondycja psychiczna będzie współgrała z kondycją strzelecką i biegową - warunkuje Tomasz Jaroński.

Sezon zimowy nie tylko dla biathlonistek, ale też skoczków, narciarzy biegowych i alpejskich będzie w tym roku o tyle trudny, że trzeba będzie wykazać się kilkoma szczytami formy, a najwyższym podczas IO.

- Często trudno to wszystko zaplanować, zgrać. Niekoniecznie ktoś mocny w grudniu musi błyszczeć także w lutym. Na szczęście, jeśli chodzi o biathlon, to cała czwórka podstawowych zawodniczek jest na tyle doświadczona, że same sobie potrafią to ułożyć, aby być w jak najlepszej dyspozycji na igrzyskach. Na pewno stać je na medal, ale zaznaczmy, że takich dziewczyn jest kilkanaście, a medali tylko trzy w każdej konkurencji - tłumaczy komentator Eurosportu.

Red. Rudziński liczy na wysokie loty skoczków już od pierwszego konkursu o Puchar Świata, czyli w Wiśle. Według niego, nie ma co czekać aż do igrzysk.

- Różnie z tym szykowaniem formy na odpowiedni moment bywa. Pamiętam, jak prezes Apoloniusz Tajner po słabych inauguracjach sezonu przez naszych zawodników mawiał "Spokojnie wchodzimy w sezon", a później się okazywało, że nigdy nie weszliśmy na wysoki pułap. Dlatego trzeba wskoczyć na wysoki poziom od razu - namawia Rudziński Stocha i spółkę.

Pożegnanie "Królowej Nart"


W Pjongczang nastąpi pożegnanie z igrzyskami naszej "Królowej Nart". Marek Rudziński był świadkiem, jak góralka z Kasiny Wielkiej przebijała się do światowej czołówki, by później ją zdominować i uciekać przez lata wszystkim, łącznie z koalicją Norweżek. Najpierw Justyna Kowalczyk musiała się przebić do Kuusamo samochodem z południa Polski przez cały kraj, a później promem, przez Szwecję do Finlandii. Tam zakotwiczyć kilkadziesiąt kilometrów od miejsca startu - w Ruce. W Polskim Związku Narciarskim nie było pieniędzy na samolot, czy lepiej ulokowany hotel dla narciarki biegowej. Tak samo jak nie było ich na serwismenów. Sztab składał się z Justyny i jej trenera Aleksandra Wierietielnego.

Red. Rudziński debiut Justyny komentował wspólnie z nieżyjącym już Bogdanem Chruścickim.

- Pamiętam, że na lotnisku wszyscy czekali wtedy na Adama Małysza, który już był wielki i sławny. Tymczasem podczas zawodów biegowych, przed którymi - szczerze mówiąc - nawet nie zauważyliśmy, że jakaś Polka biega, nagle, podczas biegu na 10 km "klasykiem", na pierwszym pomiarze czasu, na 19. miejscu pojawia się Kowalczyk. Na półmetku jest 20., później opadła z sił i spadła niżej, ale już ją zauważyliśmy. Jakież było nasze zdziwienie, gdy poszliśmy ją poznać, gdy okazało się, że całą jej ekipą jest trener Wierietielny, który musiał zająć się wszystkim. Łącznie ze smarowaniem nart - opowiada Rudziński.
 
Jakie to będzie pożegnanie z igrzyskami "Królowej Nart"?

- Wierzę, że z medalem z klasyka, jeśli Justynie zdrowie dopisze, ale nie będzie łatwo. Konkurencja jest ogromna, ostatnie sezony miała nie najlepsze. Nawet gdyby się nie udało, to Kowalczyk już swoje zrobiła. Czas nieubłaganie mija, coraz ciężej rywalizować z młodszymi, organizm jest wyeksploatowany, ale znając ambicję naszej zawodniczki, można się spodziewać walki o medal - przekonuje Marek Rudziński.

Michał Białoński

Dowiedz się więcej na temat: Eurosport

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje