Jacek Berbeka: Powodzenie wyprawy będzie zależało od pogody

Jacek Berbeka, brat Macieja, który wraz z Tomaszem Kowalskim zginął po zdobyciu w marcu szczytu Broad Peak, uważa, że powodzenie wyprawy po ciała alpinistów będzie zależeć głównie od pogody. Czteroosobowa ekipa w niedzielę odleciała z Warszawy do Pakistanu.

Młodszy z braci Berbeków, zdobywca m.in. czterech ośmiotysięczników - w 1995 roku Gasherbrum I (8080 m) i II (8035 m), rok później Cho Oyu (8201 m) oraz Shisha Pangmy (8013 m), powiedział PAP przed odlotem, że zrobi wszystko, by zrealizować główny cel ekspedycji, jakim jest odnalezienie i przetransportowanie ciał do podstawy Broad Peaku, czyli bazy na 4700 m.

- Chcemy, aby nasze, czyli Maćka i Tomka rodziny, mogły dotrzeć do miejsca, gdzie zostaną przez nas pochowani. Oczywiście to może być bardzo trudne, ponieważ właściwie wszystko zależy od pogody. Jestem jednak dużym optymistą. Wielokrotnie przetrenowałem i przećwiczyłem nocowanie bez tlenu na takich wysokościach i to w znacznie niższych temperaturach niż obecnie tam panują - zaznaczył.

Reklama

Berbeka dodał, że bierze pod uwagę też inny wariant.

- Jeżeli ten priorytetowy zamiar się nie powiedzie, to trzeba będzie pomyśleć o jakiejś niżej usytuowanej szczelinie lub po prostu zmienić miejsce położenia ciał. Nie wyobrażam sobie, żeby oni pozostali tam, gdzie będą narażeni na ciekawski wzrok ludzi, którzy latem właśnie tą drogą udają się na szczyt - podkreślił.

Zapytany, jak długo ma potrwać wyprawa powiedział, że trudno dokładnie określić termin zakończenie działań w Karakorum.

- Zezwolenie pakistańskiego ministerstwa turystyki - zresztą najdłuższe w mojej dotychczasowej działalności górskiej - jest ważne do 10 sierpnia. To dwa razy więcej niż zwykle było mi potrzeba na ośmiotysięczniki, ale zarezerwowałem tyle właśnie czasu wolnego, ponieważ dla brata można i trzeba zrobić wszystko - przyznał.

Na wyprawę wyrusza wraz z dwoma alpinistami, do których - jak zaznaczył - ma pełne zaufanie. Są to: mieszkający w Tychach 37-letni Jacek Jawień, ratownik Grupy Beskidzkiej GOPR oraz 52-letni gdańszczanin Krzysztof Tarasewicz. Towarzyszy im także 56-letni Jacek Hugo-Bader, dziennikarz i reportażysta, od 1990 roku związany z "Gazetą Wyborczą".

- Wyjazd dochodzi do skutku za sprawą cudownych osób, które wspomogły finansowo ten plan. Dzięki nim i moim licznym kontaktom, m.in. poza granicami kraju, udało się to wszystko załatwić w ciągu niespełna dwóch miesięcy. Mocno wspomagała mnie w tych działaniach także pozostała trójka uczestników - powiedział Berbeka.

Jak podkreślił, wsparcie tak wielu osób było i jest dla niego oraz całej rodziny niezwykle ważne.

- Chcę im wszystkim podziękować nie tylko za pomoc finansową, ale przede wszystkim za to, że dzięki nim po tej niepotrzebnej tragedii, odżyła we mnie wiara w ludzi. A przecież wystarczyło naprawdę niewiele wysiłku, żeby do tego wszystkiego nie doszło. Mogę tak twierdzić, ponieważ działam bardzo długo w górach wysokich i to nie turystycznie, ale ekstremalnie - zaznaczył.

Według młodszego z braci Berbeków to, że ktoś zdobywa szczyt i schodzi do obozu, a potem nie może wyjść, by pomóc pozostałym jest rzeczą oczywistą.

- Natomiast w takich przypadkach wystarcza schodzenie troszeczkę wolniej z osobami, które w danym momencie są słabsze. To umożliwia uratowanie im życia. Chociażby poprzez wsparcie, słowa otuchy. Według mnie to właśnie miało miejsce - przyszło załamanie psychiczne, bo nagle zostali sami, mimo próśb o poczekanie dosłownie pięć minut i związanie się wspólną liną - powiedział 54-letni zakopiańczyk, absolwent krakowskiej AWF, który przez 16 lat uprawiał wyczynowo narciarstwo alpejskie.

Dodał, że swoje spostrzeżenia opiera na relacjach tych, co zeszli (Adam Bielecki i Artur Małek).

- Brat poprosił o poczekanie i otrzymał odpowiedź, że nie ma takiej możliwości. Jednak z tej samej relacji wynika, że za chwilę ta osoba, która wcześniej odmówiła, stała całą godzinę w jednym miejscu. Z doświadczenia wiem, że jeżeli psychika zostanie w takim momencie wsparta, to nagle odnajdują się siły fizyczne. Tego moim zdaniem zabrakło - ocenił.

5 marca, po zdobyciu Broad Peaku (pierwszego zimowego wejścia dokonali Bielecki, Małek, Berbeka, Kowalski), dwaj ostatni nie zdołali powrócić na noc do obozu.

30-letni Bielecki (KW Kraków) oraz cztery lata starszy Małek (KW Katowice), którzy wcześniej rozpoczęli schodzenie ze szczytu, dotarli do położonego na wysokości 7400 m obozu czwartego - pierwszy z nich w nocy 5 marca, drugi nad ranem następnego dnia.

Wtedy obaj próbowali iść na pomoc pozostałej dwójce, jednak jak później relacjonowali, uniemożliwiło im to zmęczenie. W tym samym celu z obozu drugiego wyruszył Pakistańczyk Karim Hayyat. Dotarł w rejon pomiędzy 7700 a 7800 m, ale nie odnalazł żadnych śladów zaginionych. Trzy dni później kierujący ekspedycją Krzysztof Wielicki przed opuszczeniem bazy (4900 m) poinformował, że Berbeka i Kowalski zostali uznani za zmarłych.

Dla 58-letniego Berbeki wyjazd miał szczególne znaczenie. Był już zimą pod tym szczytem ćwierć wieku temu. Podczas wyprawy, której celem było zdobycie K2 (8611 m), 6 marca 1988 roku podjął samotną próbę wspinaczki na Broad Peak (8047 m), dokonując pierwszego o tej porze roku wejścia na przedwierzchołek Rocky Summit (8028 m).

Na wniosek kierownika programu Polski Himalaizm Zimowy Artura Hajzera oraz Wielickiego Polski Związek Alpinizmu powołał na początku kwietnia komisję, która ma zbadać, co wydarzyło się na Broad Peaku. Jej raport miał być przedstawiony na początku czerwca, jednak zespół postanowił, że końcowa wersja zostanie przekazana zarządowi PZA po powrocie wyprawy Jacka Berbeki.

Dowiedz się więcej na temat: Jacek Berbeka | alpinizm | Maciej Berbeka | Himalaje | Broad Peak

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama