Mourinho teatr absurdu

Kiedy słyszę skargi Jose Mourinho na drużyny oddające Barcelonie punkty bez walki, staje mi przed oczami pewien wielki klub, który 29 listopada "podłożył" się na Camp Nou w gorszym stylu niż II-ligowy Betis, czy III-ligowa Ceuta.

Real Madryt zagrał w niedzielę dobry mecz. Chwilami bardzo dobry. Po trzech spotkaniach bez gola z kopyta ruszył Cristiano Ronaldo będąc chyba najlepszym graczem 22. kolejki Primera Division. Kibice znów wierzą w Portugalczyka, w ankiecie dziennika "Marca" tylko 50,6 proc internautów uważa, że pichichi (tytuł króla strzelców) zdobędzie Leo Messi.

Reklama

Zadowolony Jorge Valdano ogłosił, że nie Messiego, ale raczej Ronaldo powinno się porównywać do legendarnego Alfredo di Stefano. Portugalczyk ma niewiarygodną średnią: 51 goli, w 51 meczach ligowych Realu. Takiego wyczynu nie dokonał nikt przed nim.

Poza Ronaldo niezłe spotkanie zagrał w końcu Kaka. Zdobył gola, zliczył asystę, a fani z Bernabeu pożegnali go owacją. "Potrzebowałem takiego meczu, by odzyskać wiarę w siebie" - powiedział Brazylijczyk, który przez pół roku się leczył. Bramkę zdobył też Emmanuel Adebayor z marszu wygrywający rywalizację z Karimem Benzemą. Jose Mourinho uważa, że gracz z Togo znacznie zwiększa mu pole manewru, bo jest napastnikiem zupełnie innym od Francuza.

W sumie pojedynek z Realem Sociedad wygrany 4-1 dał drużynie z Santiago Bernabeu sporo powodów do optymizmu. Tymczasem trener Realu cieszyć się jakoś nie potrafi. Znów zaszlochał nad ciężką dolą Cristiano Ronaldo, którego wszyscy rywale wrednie kopią po kostkach, podczas gdy w stronę Messiego nie mają nawet odwagi wystawić nogi. Portugalczyk nie wymienił nazwiska Argentyńczyka, ale nie pozostawił wątpliwości, o kogo chodzi.

Przywykliśmy już, że te skargi, złośliwostki i prowokacje Mourinho są częścią spektaklu w wykonaniu trenera Realu, swoistym teatrem absurdu mającym wyprowadzić rywali z równowagi. Portugalczyk nie zdaje sobie jednak sprawy, jak mocno ociera się o śmieszność. Słowa o Ronaldo i Messim są tylko jedną zwrotką tej samej śpiewki o tym, że sędziowie, a nawet rywale spiskują przeciw jego drużynie bezwstydnie sprzyjając Katalończykom.

Kiedyś "Mou" zarzucał kolejnym przeciwnikom Barcelony, że się jej "podkładają". 29 listopada 2010 zawiózł na Camp Nou swój gwiazdozbiór wart pewnie z pół miliarda euro, i wrócił z pięcioma golami. Tak bezdyskusyjnie jak Real, nie przegrały w Katalonii nawet II-ligowy Betis Sewilla i III-ligowa Ceuta w Pucharze Króla. To jednak Portugalczyka nie zraziło, wciąż zachodzi w głowę, dlaczego taka drużyna jak Atletico pozwoliła Messiemu na hat-tricka? Czy w zmowie bierze udział także Arsenal? Raczej tak, skoro 11 miesięcy temu Leo wbił mu aż cztery gole w Lidze Mistrzów.

Histeryczne zachowanie Mourinho ma tę złą stronę, że słowa trenerskiego guru zaczynają powtarzać niektórzy jego piłkarze. Na przykład Cristiano Ronaldo rozgłaszający na serio, iż "Królewscy" są ofiarą pospolitego spisku. Widząc desperacką reakcję Portugalczyka po przegranym meczu w Pampelunie Walter Pandiani stwierdził, że brakuje mu śrubki w mózgu.

Bez względu na to, jakie korzyści przynosi Mourinho ta wojna na słowa, szkodzi ona Realowi. Czy to polepszy grę "Królewskich" choć o 1 procent, jeśli piłkarze uwierzą, że faktycznie są szykanowani i oszukiwani przez wszystkich wokół?

Na szczęście los podarował trenerowi Realu kilka dodatkowych okazji do wcielenia się w rolę bezpośredniego rywala Barcelony (finał Pucharu Króla i Superpuchar Hiszpanii). Będzie mógł uczulić swoich obrońców, by nie odstawiali nóg. Byle nie w stylu Sergio Ramosa, który na Camp Nou w ataku furii i bezsilności przebiegł pół boiska, by brutalnie, z tyłu kopnąć Argentyńczyka.

Dyskutuj z Darkiem Wołowskim na jego blogu

Dowiedz się więcej na temat: Real Madryt | Stylu | Camp Nou | Cristiano Ronaldo | Jose Mourinho | FC Barcelona

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje