Niszowe związki sportowe boją się o swój los po decyzji ministerstwa

Związki sportów nieolimpijskich, których dofinansowanie - decyzją ministerstwa sportu - zostanie ograniczone w 2013 roku o 50 proc., a w kolejnym zaprzestane, obawiają się o swój dalszy los. Prezesi nie ukrywają rozczarowania i zaskoczenia pomysłem resortu.

- To policzek wymierzony w naszą działalność. Ciągle mamy nadzieję, że te zmiany nie zostaną zrealizowane. Myślę, że spotkamy się z przedstawicielami innych sportów i podejmiemy jakieś działania. Zwrócimy się do ministerstwa z prośbą o ponowne rozpatrzenie tej sprawy - powiedziała szefowa Polskiego Związku Psich Zaprzęgów Anna Wodzińska. Jak poinformowała, tę dyscyplinę w Polsce uprawia ok. 300 osób.

Reklama

- To w ogóle niepoważna sprawa. O decyzji pani mister dowiedziałem się z telegazety. W ostatnim czasie wielokrotnie próbowałem się omówić z nią na rozmowę, ale na razie nie przyniosło to skutku - zaznaczył prezes Polskiego Związku Sportów Wrotkarskich (ok. 1000 zawodników z licencjami) Jerzy Pisarek.

Prezes Polskiego Związku Płetwonurkowania Robert Nowicz ma do ministerstwa żal przede wszystkim o to, że o nie uprzedziło ono o swoich postanowieniach wcześniej.

- Na razie jesteśmy lekko oszołomieni. Nikt nam nie sygnalizował tak poważnych zmian. Oczywiście docierały do nas informacje o obniżeniu budżetów związków, ale miały to być nieznaczące kwoty. Do wszystkiego można się przygotować. Gdybyśmy wiedzieli trzy miesiące wcześniej, inaczej zaplanowaliśmy nasze działania - argumentował.

Wsparcie finansowe państwa dla związków, które od przyszłego roku zostaną go pozbawione, wynosiło w ubiegłym roku od kilkudziesięciu do ponad 200 tys. zł (np. warcaby - 70 tys. zł, wrotki - 150 tys. zł, psie zaprzęgi - 230 tys. zł).

Sumy te były przeznaczane na pokrycie kosztów związanych z uczestnictwem reprezentantów Polski w międzynarodowych zawodach. Jak podkreślają prezesi, ich zmniejszenie oznacza dla związków, z których większość narzeka na problemy z pozyskiwaniem sponsorów, ograniczenie kadr biorących udział w najważniejszych imprezach. Dla innych decyzja resortu jest zaś równoznaczna z rezygnacją z rozwoju dyscypliny.

- W ubiegłym roku dotacja ministerstwa pozwoliła nam na utrzymanie i szkolenie siódemki zawodników. W tym roku planowaliśmy poszerzyć kadrę o juniorów. Niestety musimy zmienić plany, choć nadal zakładamy, że otrzymamy jakieś pieniądze. Za cztery lata gospodarzem Igrzysk Sportów Nieolimpijskich będzie Wrocław i liczyliśmy, że wystawimy silną reprezentację. Teraz nie wiemy, na co możemy liczyć - przyznał Nowicz.

Prezesi niszowych związków w większości podkreślają, że w dalszej kolejności nowa koncepcja minister Muchy poważnie zagrozi funkcjonowaniu ich instytucji. Mniej pesymistycznie w tej kwestii wypowiada się za to szef Polskiego Związku Warcabowego (ok. 3,5 tys. licencjonowanych zawodników) Tadeusz Kosobudzki.

- Myślę, że niezależnie od tego nadal będziemy funkcjonować. Na szczęście mamy pomoc ze strony w samorządów. Nie da się jednak ukryć, że dawniej - jeszcze przed rokiem 1989 - nasza sytuacja była znacznie lepsza. Mogliśmy liczyć na wsparcie m.in. ze strony zakładów pracy, pomagały też liczne kluby wiejskie - wyliczał.

Niektórzy prezesi uważają, że resort nie docenia i nie traktuje profesjonalnie osiągnięć ich dyscyplin.

- Psie zaprzęgi to prawdziwy sport. Z mistrzostw świata i Europy przywozimy wiele medali - podkreśliła Wodzińska.

- Dostarczamy utalentowaną kadrę łyżwiarstwu szybkiemu. Około 30 proc. obecnej reprezentacji kraju to zawodnicy, którzy w przeszłości byli związani z wrotkarstwem - zaznaczył Pisarek.

Dowiedz się więcej na temat: warcaby | Joanna Mucha | płetwonurkowie

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje