Ocaleni, a jednak nieocaleni

W doliczonym czasie meczu w Bilbao Leo Messi uratował dla Barcelony miano drużyny niepokonanej, ale po remisie 2-2 Katalończycy tracą do Realu Madryt już trzy punkty.

Przemoknięci do suchej nitki uczeń i mistrz padli sobie w objęcia, choć po ostatnim gwizdku sędziego obaj musieli czuć się głęboko sfrustrowani. Marcelo Bielsa był o krok od zwycięstwa nad drużyną, której w tym sezonie nie udało się pokonać nikomu, gdy już w doliczonym czasie gry jeden z jego obrońców zupełnie stracił głowę wybijając piłkę z rąk Gorce Iraizozowi. Messi trafił do siatki Athletic za co dziennik "Marca" nazwał go "kamizelką ratunkową". Była ona niezbędna na boisku zalanym wodą.

Reklama

Nie mniej sfrustrowany niż Bielsa musiał być Pep Guardiola. Cud, jakim była bramka Messiego nie dał jego drużynie zwycięstwa, ale zaledwie remis. Odkąd trzy lata temu usiadł na ławce Barcelony strata jego drużyny do Realu Madryt nigdy nie była tak duża. Trzy punkty to jeszcze nie powód do paniki, ale w ostatnim czasie Real wygrywa z taką łatwością, że trudno go będzie gonić. Tymczasem obrońcy tytułu mają problemy, jak nie ze zdrowiem, to z formą czołowych graczy.

O związkach między Guardiolą i Bielsą przed meczem w Bilbao hiszpańska prasa napisała tomy, wspominając pewien kluczowy dzień z życia Pepa, który zanim został trenerem wybrał się po naukę do Argentyny. Bielsa przyjął go w swoim domu przy grillu dając wskazówki bezcenne dla debiutanta. Przez następne lata trener Barcy wielokrotnie cytował Argentyńczyka przyznając, że miał on fundamentalny wpływ na jego sposób myślenia o futbolu. Kiedy niedawno Bielsa dostał pracę w lidze hiszpańskiej, do Guardioli nawet nie zadzwonił. Nie chciał świecić światłem odbitym.

W niedzielę była pierwsza okazja, by uczeń i mistrz uczciwie zmierzyli się na boisku. Obaj zagrali o zwycięstwo, zakończyło się remisem, dlatego mieli powody czuć się przegrani. Pojedynek utrudniła ulewa, przez którą większy wpływ na wynik miały kiksy i przypadki niż przemyślane zagrania.

Tyle samo patosu było przy okazji meczu Realu Madryt, który w samo południe rozbił Osasunę 7-1. Kolejnego hat-tricka zaliczył Cristiano Ronaldo. Zaledwie dwa dni wcześniej Portugalczyk odebrał "Złoty But" dla najlepszego strzelca lig europejskich. Wyrażając wdzięczność dla kolegów z drużyny, którzy asystowali przy jego 40 golach w minionym sezonie, sprezentował każdemu z nich bucik ze szkła. Sergio Ramos sfotografował się z prezentem, zdjęcie zamieścił na Facebooku, z dowcipnym podpisem: "jedni dostają buty ze złota, inni szklane".

Gdyby nie uraz Angela di Marii, mecz rozegrany o anormalnej porze zakończyłby się totalnym triumfem "Królewskich". Transmisję w Chinach od godziny 19 tamtejszego czasu obejrzało ponoć 60 mln ludzi. Primera Division łamie swoją tradycję, by iść śladem ligi angielskiej, bardzo popularnej w Azji. Tymczasem niespodziewanie okazało się, że wczesna godzina meczu spodobała się nawet mieszkańcom Madrytu. Na Santiago Bernabeu było ponad 80 tys ludzi, w większości rodzin z dziećmi, a przecież niedawno, gdy mecz Realu z Villarrealem rozpoczynał się o godz 22, na trybunach stołecznego kolosa zebrało się zaledwie 55 tys fanów (najniższa frekwencja w sezonie).

Tylko Jose Mourinho nie był zadowolony. Po pierwsze przedmeczowy obiad z drużyną musiał zjeść na śniadanie. Po spotkaniu irytował się na fanów Realu, że obserwowali siedem goli bez należytego entuzjazmu. Przypomniał im, iż nie wybrali się do teatru, ale na mecz piłkarski, podziękował grupie siedzącej za bramką, za realne wsparcie dla jego graczy. Potem wrócił do domu, wziął prysznic, zaliczył drzemkę, a wieczorem o normalnej, hiszpańskiej porze usiadł przed telewizorem, by obejrzeć mecz Barcelony. Wreszcie, dwie godziny przed północą uśmiech zagościł na jego twarzy.

Dyskutuj z Darkiem Wołowskim na jego blogu

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL