Real i Barcelona zanudzają siłą

11-0 - imponujący bilans Barcelony i Realu Madryt w pierwszych meczach ligowych jest potwierdzeniem najczarniejszego scenariusza dla Primera Division.

Primera Division: Wyniki, tabela, strzelcy i statystyki - Kliknij tutaj!

Reklama

Zaczęło się od masakry na La Romareda w Saragossie, kiedy kibicom Realu Madryt zabrakło palców do policzenia goli zespołu. Jak zauważył Jose Mourinho drużyna zagrała na serio od początku do końca, czego dowodem były bramki w 82. i 87. min. Pięć minut wcześniej na nieprzytomnych z wycieńczenia biedaków z Saragossy wyszedł Kaka dając "Królewskim" dodatkowy impuls. Cristiano Ronaldo, który w poprzednim sezonie pobił historyczny rekord Hugo Sancheza i Telmo Zarry (40 goli), zaczął od hat-tricka.

To była demonstracja siły wobec Barcelony, ostrzeżenie, że tym razem gra o tytuł idzie na serio, bo Real jest drużyną gotową. Przed rokiem w debiucie Jose Mourinho "Królewscy" nie potrafili zdobyć gola w starciu z Mallorką.

24 godziny później mistrz podjął rękawicę. Pep Guardiola musiał być tego pewien, skoro posadził na ławce Xaviego i Villę, mimo że przed spotkaniem z Villarrealem obrona rozleciała mu się w drobny mak (Pique, Puyol, Adriano i Maxwell są kontuzjowani, Alves zawieszony za kartki). Takie straty rozbiłyby każdy inny zespół, ale Katalończycy, w ustawieniu 3-4-3, czyli takim w jakim grał legendarny Dream Team, nie dali gościom nawet "powąchać" piłki. W lidze hiszpańskiej nikt inny nie ma pomocnika klasy Thiago, a co dopiero Fabregasa, Iniesty i Xaviego, który mógłby już założyć własną katedrę. A podczas jego wykładów młodsi koledzy pokazywaliby w praktyce, jak korzystać z rad mistrza.

Tradycyjnie niewygodny rywal tym razem pozwolił Barcy na wszystko. Leo Messi zdobył dwa gole i zaliczył asystę przy golu Fabregasa, Thiago strzelił bramkę i dwa razy asystował najpierw Alexisowi, potem Messiemu. A Pep Guardiola podkreślał zasługi Keity i Mascherano nazywając ich klejnotami swojej drużyny.

Trener Saragossy Javier Aguirre po niedzielnym laniu mówił przynajmniej, że wszystko zrobił źle, za to apatyczny jak jego gracze Juan Carlos Garrido stwierdził po meczu na Camp Nou, iż różnica w klasie obu drużyn jest zbyt duża.

Faktycznie Real i Barca przestają przystawać do rywali z Primera Division, są drużynami z zupełnie innej bajki, stworzonymi za inne pieniądze i do innych celów - rywalizacji między sobą i z Anglikami w Lidze Mistrzów. Jeden z kandydatów na trzecią siłę ligi hiszpańskiej, finansowana z pieniędzy szejków Malaga przegrała na inaugurację w Sewilli. Kwestią tygodni wydaje się więc, kiedy kolosy z Madrytu i Barcelony zaczną grać we własnej lidze, bijąc po drodze wszystkie rekordy (99 pkt i 107 goli w sezonie).

Proces rozpadu Primera Division pogłębia się od trzech lat. Nie ma już w lidze hiszpańskiej miejsca na emocje bezpośrednie, takie jak w Premier League. Kibiców musi zadowolić korespondencyjny wyścig faworytów. W końcu może dojść do tego, że na mecze z kolosami nie tylko drużyny grające o utrzymanie, ale nawet Sevilla, czy Valencia zaczną wystawiać rezerwy, by graczom podstawowej jedenastki oszczędzić bezowocnego wysiłku i upokorzeń. Wtedy rozgrywki definitywnie stracą sens.

Po dobrym losowaniu w Champions League Real i Barca mogą sobie pozwolić na "spacerki" takie jak z Saragossą i Villarreal, aż do początku grudnia, kiedy na Santiago Bernabeu dojdzie do Gran Derbi. Oczywiście Katalończyków czekają dwa mecze z Milanem, Real dwa spotkania z Lyonem, ale to i tak wszystko bardzo mało, jak na drużyny zbudowane takim kosztem. Paradoks polega na tym, że dominacja pary kolosów szkodzi nie tylko Primera Division, ale także im samym. Wielkie drużyny nie mogą grać o wielką stawkę pięć razy w roku.

Dyskutuj z Darkiem Wołowskim na jego blogu

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje