Real silny jak nigdy czeka na Barcelonę

Bezdyskusyjny triumf nad Ajaksem w Amsterdamie, to dla piłkarzy Jose Mourinho kolejny zastrzyk wiary przed poniedziałkowym Gran Derbi. Real Madryt jest jedynym, obok Manchesteru United, zespołem w wielkich ligach Europy, który w tym sezonie jeszcze nie przegrał.

"Jeśli na boisko wchodzą piłkarze rezerwowi, a nasza gra wygląda tak samo, to znaczy, że ja muszę być zadowolony" - mówi Jose Mourinho, trener Realu. Właściwie Portugalczyk słowa "rezerwowi" nie lubi. Mówi o graczach, którzy rzadziej wychodzą w podstawowym składzie, takich jak Benzema, Lassana Diarra, Pedro Leon, Albiol czy Arbeloa. Na nich wszystkich postawił w Amsterdamie i gdyby Real zagrał gorzej, oni byliby za to odpowiedzialni. Ale goście z Madrytu wypadli bardzo dobrze, więc pochwały Mourinho spadły właśnie na "rezerwowych".

Operacja Camp Nou

Reklama

Od dziś Portugalczyk może zaczynać "operację Camp Nou". Właściwie trwa ona jednak od początku, bo po to, by zdetronizować Barcelonę przybył do Primera Division. Patrząc na to, co dzieje się z Interem Mediolan, decyzja "Mou" o opuszczeniu najlepszej drużyny Europy, była strzałem w "dziesiątkę". W Madrycie wszystko układa mu się tak dobrze, że aż ociera się o ideał.

Wszyscy piłkarze, których sprowadził (Carvalho, Oezil, Khedira, di Maria) są w zespole niezastąpieni. Real nie przegrał ani w 12 kolejkach ligowych, ani w Champions League, a nawet w Pucharze Króla rozprawił się z "obsesją Alcorcon". Wbił rywalom imponującą liczbę goli (49 w 19 spotkaniach) i na Camp Nou jedzie tak silny, jak nie był od lat.

Z pozoru sytuacja jest taka jak przed rokiem, kiedy Iker Casillas mówił: "widzę Barcelonę w lusterku wstecznym". Real też był w tabeli punkt przed Katalończykami, ale jego forma przed wizytą na Camp Nou dawała znacznie mniej nadziei. Po bardzo zaciętym meczu, to jednak gracze Pepa Guardioli mogli patrzeć w lusterko wsteczne i ta sytuacja utrzymała się do samego końca.

12 miesięcy temu Cristiano Ronaldo przyjeżdżał do Katalonii po ciężkiej kontuzji i wytrwał na boisku niewiele ponad godzinę. Dziś jest w życiowej formie - przypomina tego sprzed dwóch lat, który poprowadził Manchester do triumfu w Champions League zdobywając dla niego 42 gole we wszystkich rozgrywkach. Od 1935 roku Real nie miał piłkarza, który zdołałby wbić rywalom aż 15 bramek w 12 meczach otwierających sezon. Nie dokonali tego ani Alfredo di Stefano, ani Ferenc Puskas, ani Hugo Sanchez, ani Raul Gonzalez.

Ronaldo stał się liderem

Ronaldo stał się liderem drużyny, coraz mniej strzela na wiwat, coraz więcej gra z partnerami, cały Real funkcjonuje harmonijnie, a szczególnie jego defensywa. Iker Casillas to wciąż bramkarz prawie bezrobotny, choć raz na jakiś czas potwierdza, że klasy mu nie ubywa.

Real znów jedzie na Camp Nou z jednym punktem przewagi, ale wciąż nie ma wątpliwości, kto kogo goni. To drużyna Pepa Guardioli jest w Europie gwiazdą i punktem odniesienia. Wygrała cztery ostatnie Gran Derbi, trudniejszą przeprawę mając jednak zawsze na swoim stadionie. Dwa lata temu Real jechał do Katalonii na egzekucję, a wytrwał z bezbramkowym wynikiem aż do 83. minuty. Przed rokiem goście stawili faworytom jeszcze zacieklejszy opór, pogubili się po bramce Ibrahimovica. Dziś, po raz pierwszy od czasu, gdy trenerem Barcelony jest Guardiola, szanse wielkich rywali oceniane są tak równo.

Kapitan mistrzów świata Iker Casillas wybrał swoich faworytów w plebiscycie "Złota Piłka 2010". Nie mogąc głosować na kolegów z kadry postawił na Ronaldo, Messiego i zmagającego się z ciężką kontuzją Arjena Robbena. Pojedynek Portugalczyka z Argentyńczykiem ma być ozdobą poniedziałkowego hitu. Ronaldo i Real będą mieli okazję udowodnić, że miejsce w jednym szeregu z Messim i Barceloną to już coś znacznie więcej niż nadzieja.

Pozorny spokój Mourinho

Mourinho ze spokojem stoika opowiada prasie, że poniedziałkowy mecz meczów, to jeszcze nie koniec świata. Faktycznie, gdyby Real go przegrał, będzie miał dwa punkty straty i perspektywę rewanżu na Santiago Bernabeu. Większe praktyczne skutki miałaby przerwana seria Katalończyków, bo po przegranej traciliby oni z "Królewskimi" bezpośredni kontakt.

Spokój Mourinho jest jednak pozorny. Nie ma w całej Europie rywala, na którego portugalski trener, jego chorobliwie ambitny rodak Ronaldo i cały "królewski" klub miałby większą ochotę. Dla Realu poniedziałkowe zwycięstwo na Camp Nou byłoby najważniejszym wydarzeniem od zwycięskiego finału Champions League w 2002 roku.

Zobacz terminarz i tabelę Primera Division

Sprawdź sytuację w grupie G Ligi Mistrzów

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje