Sport w spódnicy, czyli kobiety w akcji

Są ambitne, piękne, a w dodatku w sporcie osiągnęły już bardzo dużo. Nic jednak za darmo, bo często kosztem najbliższych. Jak kobieta odnajduje się w profesjonalnym uprawianiu sportu? Na pytania Interii odpowiadają: Maja Włoszczowska, Agnieszka Szott-Hejmej i Katarzyna Kłys.

O tym, że wyczynowe uprawianie sportu wymaga wielu wyrzeczeń, wie każdy, kto choć przez chwilę próbował sił w jakiejkolwiek dyscyplinie. Wydaje się, że mężczyznom jest łatwiej - mimo że później zakładają rodziny, to mają czas na to, by osiągnąć jakiś życiowy sukces, no i są nieco inaczej postrzegani przez społeczeństwo

Reklama

Co jednak z kobietami? Zwłaszcza z tymi, które sportową ambicję często przedkładają nad życie osobiste i rodzinę. Mają trudniej, bo to przecież one decydują, kiedy na świat ma przyjść dziecko. W dodatku te, które długo zwlekają z macierzyństwem, bywają czasem za to napiętnowane.

Ich sukces kosztuje więcej. Mężczyzna nie musi w trakcie kariery robić "przerwy na dziecko i rodzinę". Nawet jeśli decyduje się na założenie rodziny, najczęściej nie ma to żadnego wpływu na osiągnięcia sportowe. Co więcej, mówi się często, że gdy np. piłkarzowi urodzi się dziecko, to gra jeszcze lepiej, bo to dodatkowy bodziec do ciężkiej pracy.

- Bez dwóch zdań, sukces kobiety wymaga więcej wyrzeczeń. Mężczyzna może mieć rodzinę. Bo stereotyp jest taki, że facet zarabia, a kobieta zajmuje się domem i dziećmi. Mężczyzna sportowiec wpisuje się w ten obraz, a kobieta najczęściej jeździ za nim. W czymś mu pomaga, zajmuje się menedżerką czy czymś podobnym. Poza tym oczywiście rodzi dzieci i zajmuje się domem. Kobieta uprawiająca sport tak naprawdę w dużej mierze często musi poświęcić rodzinę - przyznaje w rozmowie z Interią Maja Włoszczowska, znakomita polska kolarka górska.

- Inna sprawa, że kobieta na założenie rodziny musi poczekać do zakończenia kariery. Chyba że chce spróbować robić to w trakcie, ale kontynuować karierę po urodzeniu dziecka jest, moim zdaniem, piekielnie ciężko. W kolarstwie górskim znany jest jeden przypadek zawodniczki, której się to udało. Przy czym jej mąż jest jej trenerem i cały czas są razem, również w podróży - dodaje Włoszczowska.

Decyzja o urodzeniu dziecka jest jedną z najważniejszych w karierze każdej sportsmenki. Bywa, że kiedy ich koleżanki chwalą się swoimi pociechami, one w pocie czoła nieustannie muszą pracować na sportowy sukces. I często odkładają tę decyzję do zakończenia kariery. Dopiero wtedy jako spełnione zawodniczki, z zasobnymi portfelami, stają się opiekunkami domowego ogniska.

Agnieszka Szott-Hejmej, jedna z najlepszych polskich koszykarek, zdecydowała się na przerwę w trakcie kariery. Jej ciąża była świadoma.

- Kobieta zawsze patrzy na sport przez pryzmat rodziny. Jesteśmy młode, mamy cele i ambicje, ale w pewnym momencie włączają się hormony. Zaczynamy myśleć, kiedy ten czas przyjdzie. Kobiety są bardziej uczuciowe, częściej tęsknią i to wszystko kosztuje je więcej wyrzeczeń. A faceci? Chyba dla nich to mniej bolesne - wyznaje Szott-Hejmej.

- Gdy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, obiecałam sobie, że gdziekolwiek będę grała, to będę starała się brać córkę ze sobą. Żeby nie odczuła tego, że mnie nie ma. Moim warunkiem powrotu do kadry było, bym mogła wziąć ze sobą dziecko na zgrupowanie. Jeździła ze mną. Już jak miała trzy miesiące, to pojechała z nami na turniej do Łodzi. Fizjoterapeuta ją w wózku bujał, a ja grałam i kątem oka patrzyłam czy nie płacze - wspomina Agnieszka.

Często ciąża, a potem macierzyństwo, to niemal dwa lata kariery wyrwane z życiorysu. Zdarza się też, że przypada to na najlepszy dla sportowca (ale też dla matek) wiek.

- Moim zdaniem najlepiej zajść w ciążę od razu po igrzyskach. W pierwszym roku po turnieju jest na to trochę czasu. Później, przed kolejnymi igrzyskami, można jeszcze zbudować formę. Tak jest w przypadku sportów olimpijskich, na pewno inaczej mają np. tenisistki i piłkarki - twierdzi Katarzyna Kłys, wyśmienita polska judoczka, olimpijka z Londynu i Pekinu, która od 2013 jest szczęśliwą mamą Bronka.

Agnieszka Szott-Hejmej: Nie jestem Gortatem w spódnicy

Kilka tygodni temu Marit Bjoergen, wielka rywalka Justyny Kowalczyk w biegach narciarskich, pochwaliła się zdjęciami, na których widać zaawansowaną ciążę. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Norweżka trenuje m.in. na siłowni! Inna sprawa, że Bjoergen znana jest z tego, że się nie oszczędza. Nie wiadomo, jak to wszystko wpłynie na zdrowie dziecka.

Wyznanie Bjoergen wywołało poruszenie w norweskich mediach. Jej stan omawiano w największych gazetach i rozpatrywano na wszystkie możliwości. Trudno się dziwić, bo dla Norwegów to sprawa narodowa. Teraz z troską zastanawiają się nad tym, czy ich najbardziej utytułowana biegaczka wróci do uprawiania sportu.

Marit już zapowiedziała, że planuje powrót na MŚ w Lahti w 2017 roku. - Jeśli ktokolwiek może wrócić w wielkim stylu, to tylko ona - mówią w jej kraju. Inna norweska biegaczka, Maria Rydqvist, urodziła już dwoje dzieci i wciąż startuje.

- To nie jest kwestia ambicji, ale możliwości. Gdy chcesz być mistrzem świata, musisz być egoistą. W tej chwili wszystko jest podporządkowane moim występom - dieta, treningi, regeneracja, spotkania i mnóstwo innych spraw. Gdy masz dziecko, wszystko się zmienia. Liczba obowiązków jest tak duża, że nie wyobrażam sobie wykonywania tej samej pracy co obecnie. Sport wymusza na dziewczynach dzielenie życia. Najpierw kariera, potem rodzina - twierdzi Maja Włoszczowska, która zapowiada, że postara się o dziecko dopiero po zakończeniu przygody ze sportem.

- Wiele zawodniczek decyduje się wcześniej na przerwę macierzyńską. Później wracają i ich organizm jest mocniejszy.  Te dziewczyny mają nawet lepsze sezony niż przed ciążą. Dziecko ma świetny wpływ na mamę. Gdy gram, chcę by córka zapamiętała mnie z moich występów. Przed ciążą też gramy dla kogoś, ale teraz inaczej - podkreśla Agnieszka Szott-Hejmej.

W zawodowym sporcie trudno jest utrzymać relacje towarzyskie. Praca polega na ciągłym treningu, regeneracji, życiu w rozjazdach. Ciężko jest w takich warunkach stworzyć rodzinę. Od partnera wymaga to bardzo dużo cierpliwości, bo nie jest łatwo dzielić obowiązki domowe z nieustannymi wyjazdami na mecze, zawody i zgrupowania. Warto więc znaleźć wyrozumiałego partnera lub...

- ... sportowca! Mój mąż jest wioślarzem, więc też często go nie ma. Ale właśnie dzięki temu się rozumiemy. Zależy od dogadania się, charakteru, wsparcia. Dużo od Rafała dostałam - twierdzi nasza koszykarka.

Katarzyna Kłys: Nie widzę siebie w klatce

- Ok. 250 dni w roku miałem zgrupowania. Cały czas żyliśmy na odległość. Czasem przyjeżdżałem na tydzień, czasem na dwa. Ogólnie było ciężko, ale teraz jestem w domu już od dawna - tłumaczy jej mąż, Rafał Hejmej, który wystąpił na igrzyskach olimpijskich w Atenach, Pekinie i Londynie.

Zgoła inną sytuację ma Katarzyna Kłys, bo nie dość, że jej mąż jest też byłym sportowcem, to w dodatku... jej trenerem. Można więc śmiało powiedzieć, że spędzają ze sobą 24 godziny na dobę.

- Takie połączenie wychodzi nam bardzo dobrze. Choć oczywiście drobne nieporozumienia są. Nie zawsze na treningu wszystko wychodzi tak, jak byśmy chcieli. Te małe kłótnie czasem przenoszą się do domu, ale staramy się tego unikać. To, co jest na treningu, zazwyczaj tam zostaje. Po wygranej cieszymy się razem, a po przegranej w domu jest smutno. Taki jest sport. W ogóle ciężko to nazywać współpracą. To już jest po prostu nasze życie - uważa najlepsza polska judoczka.

Gdy Kłysowie trenują, dzieckiem najczęściej zajmuje się babcia. W życiu zawodowego sportowca dominują wyjazdy, a akurat w ich przypadku żaden z rodziców nie może zostać w domu, bo podróżują razem. Na razie udaje im się godzić to wszystko, bo kiedy tylko mogą, zabierają dziecko ze sobą.

Podróżowanie kocha Maja Włoszczowska, która zapowiada, że po zakończeniu kariery być może wybierze się w podróż dookoła świata. W tej chwili nie może sobie na to pozwolić, ale trzeba przyznać, że odpowiedzialnie podchodzi do życia. W trakcie swojej kariery studiowała, i to na studiach dziennych!

- Nie wiem, jak to zrobiłam! Było megaciężko! Studiowałam matematykę na Politechnice Wrocławskiej, a ze 120 studentów, którzy rozpoczęli rok, skończyło nas tylko 30. Były to bardzo ciężkie studia, a jedoczesne uprawianie sportu niezwykle trudne. Problemem były wyjazdy. Po każdym powrocie miałem duże zaległości, ale udawało się wszystko pogodzić. Miałam nieobecności, musiałam jednak być na kolokwiach i egzaminach - mówi Włoszczowska.

Dowiedz się więcej na temat: Maja Włoszczowska | Agnieszka Szott-Hejmej | Katarzyna Kłys

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje