Tajemnice mundialu. Dzień, w którym narodził się król. A nawet dwaj królowie - Pele i Garrincha

Do mundialu w Rosji zostały już tylko 32 dni. Do tego czasu codziennie przypominamy dzieje piłkarskich mistrzostw świata. Te najstarsze, ale też całkiem nowe. Piszemy o sensacjach, których nikt się nie spodziewał, o dramatach, które wpływały na życie całych narodów i o wydarzeniach ważnych, choć niemal nieznanych. Również z Polakami w roli bohaterów. O tym, co działo się na boisku, ale także poza nim. Bo to naprawdę pasjonująca historia!

Po latach wiemy już na pewno. Gdyby Brazylia nie zaczęła szwedzkiego mundialu w 1958 roku z niskiego c, gdyby trener Vicente "El Gordo" Feola i jego przyboczni nie ugięli się pod presją po dwóch mało przekonujących meczach, światowa kariera Pelego i Garrinchy najpewniej potoczyłaby się inaczej. Nie wystrzeliłaby jak rakieta, na oczach zdumionych kibiców i zdezorientowanych rywali. Dzisiaj powiedzielibyśmy - całe szczęście, że tak się stało.

Reklama

Brazylia przyjechała do Szwecji z podstawową piątką napastników. Zabójczy atak mieli tworzyć: Joel, Didi, Altafini, Dida i Zagalo. Joel i Dida, dwaj napastnicy Flamengo stanowili większą wartość w oczach trenera niż Pele i Garrincha, zwany Manolo albo w skrócie Mane. Dopiero później okazało się, jak bardzo niesłusznie.

Ten pierwszy był bardzo młody, skończył dopiero 17 lat i mimo że debiutował w kadrze rok wcześniej przeciwko Argentynie, strzelił nawet gola w debiucie, uznano, że ryzyko jego wystawienia jest zbyt wielkie. Ten drugi - z jedną nogą krótszą od drugiej o sześć centymetrów, z ilorazem inteligencji zdecydowanie poniżej przeciętnej, nie pasował rzekomo do koncepcji. Obydwaj zostali uznani przez psychologa towarzyszącego kadrze "Canarinhos" za... nieprzygotowanych mentalnie do występu w tak wielkim wydarzeniu jak mistrzostwa świata.

Psycholog kadry uważał Garrinchę za upośledzonego mentalnie!

Pierwszy mecz, z Austrią, zakończył się wprawdzie zwycięstwem 3-0, ale gra w ataku nie przekonała trenera Feoli. Szczególnie występ Didy. Sytuację uratowały dwa gole Altafiniego (alias Mazzoli, bo to jeden z tych zawodników, którzy grali dla dwóch reprezentacji, w tym wypadku Brazylii i Włoch) i jeden obrońcy Niltona Santosa.

Na kolejne spotkanie, z Anglikami, pojawiła się jedna zmiana. Didę zastąpił Vava, gwiazdor Vasco da Gama. Pożądanych efektów jednak nie było. Bezbramkowy remis, ale przede słaba gra w ofensywnie spowodowały, że na "El Gordo" ("Grubego") spadła fala krytyki połączona z zachętą do wypróbowania tych, którzy jeszcze siedzieli na ławce. Niemałą rolę w tych podchodach odegrał Didi, filar reprezentacji i kolega Garrinchy z Botafogo. Ale też Bellini jako kapitan i doświadczony Nilton Santos, też z Botafogo. Z tym ostatnim związana jest zabawna historia, bo pięć lat wcześniej właśnie on sprawdzał możliwości Mane na jego pierwszym treningu w klubie. Tak (nie)skutecznie, że piłka przeszła mu między nogami, stracił równowagę i upadł. Wszyscy się śmiali, a Garrincha - na uwagi, że zrobił w konia wielkiego Nil-to-na (!) - z rozbrajającą beztroską miał przyznać: "Skąd miałem wiedzieć? Tam, w Pau Grande (skąd pochodził - red.), zawsze kiwam tylko Joana, a on nigdy się nie obraża...". Choć biograf Mane Ruy Castro twierdził, że to jednak słowa wymyślone przez dziennikarzy. W ogóle w przypadku Garrinchy trudno oddzielić prawdę od mitów, nawet jeśli psycholog kadry Joao de Carvalhaes uważał go za upośledzonego mentalnie. Z tym też jest związanych wiele anegdot, jak choćby ta, podczas mundialu w Szwecji. Gdy Garrincha kupił radio za ponoć 100 dolarów, jeden z członków ekipy zaczął go przekonywać, że mówią w nim jedynie po szwedzku, więc w Brazylii się nie przyda. Mane odstąpił mu więc urządzenie za 40 dolarów, twierdząc, że zrobił dobry interes.

Faktem jest, że Feola czuł do Garrinchy pewne uprzedzenia. Ciągle miał mu za złe, że tuż przed mundialem, w towarzyskim meczu przeciwko Fiorentinie (4-0) zachował się jego zdaniem nieodpowiedzialnie, gdy wykiwał całą obronę i bramkarza, a następnie stanął na linii bramkowej, poczekał na wracającego obrońcę, jego też zwiódł i dopiero wszedł z piłką do bramki. Przy okazji defensor Fiorentiny stracił orientację i uderzył się w głowę, powodując rozbawienie nawet swoich kolegów. Feoli nie było jednak do śmiechu.

Trzeci mecz, ze Związkiem Radzieckim, był obarczony pewnym ryzykiem. Ewentualna porażka, przy jednoczesnym zwycięstwie Anglików z Austrią wyrzuciłaby Brazylię z turnieju. A jednak Feola zdecydował się na jego podjęcie. Pele i Garrincha mieli wystąpić w pierwszym składzie, choć informacja ta była ściśle skrywana. Aby zmylić tropy, trener wykorzystał nawet niespodziewany fortel. W przeddzień meczu zarządził trening na wieczór, przynajmniej oficjalnie, a rozpoczął ćwiczenia ze swoimi zawodnikami znacznie wcześniej. Gdy wszyscy zainteresowani - dziennikarze, szpiedzy, kibice - pojawili się na boisku treningowym, nie zastali nikogo. Nowy atak Brazylijczyków miał być zaskoczeniem.

"To najpiękniejszy futbol, jaki widziałem"

W taki oto sposób Pele i Garrincha zadebiutowali na mundialu, tworząc później - wspólnie z Didim, Vavą i Zagalo - niezapomnianą piątkę napastników z tego turnieju, pierwszego zwycięskiego dla Brazylii.

Zwycięstwo 2-0 nie oddaje w pełni tego co działo się na boisko. Były jeszcze strzały w słupek, znakomite obrony Lwa Jaszyna, który już wtedy miał swoją markę i pamiętne słowa trenera Rosjan Gawriła Kaczalina: "Nie mogę uwierzyć w to, co zobaczyłem. To najpiękniejszy futbol, jaki dotychczas widziałem". Gabriel Hanot z "L'Equipe", jeden z ojców europejskich pucharów pisał o początku temu meczu, że to "trzy najfantastyczniejsze minuty w historii światowej piłki nożnej". Garrincha wyczyniał cuda, Pele trafił w poprzeczkę, wreszcie Vava po kolejnym podaniu Mane strzelił gola Jaszynowi.

W ćwierćfinale z Walią Pele zdobył jedyną bramkę meczu, w półfinale niemal sam rozbił Francuzów (5-2), strzelając jedynego w swojej historii hat tricka na mistrzostwach świata, choć złamana noga kapitana Jonqueta, asystującego przez większą część spotkania, niewątpliwie w tym pomogła. W finale ze Szwedami (5-2) "król futbolu" dodał jeszcze dwa trafienia i zakończył pierwszy mundial z sześcioma golami na koncie. Nie mając jeszcze osiemnastu lat!

Jego popularność nagle tak wystrzeliła, że w czasie powrotu do Brazylii, na lotnisku w Lizbonie, doszło do zabawnej sytuacji. "Kiedy zaczęliśmy wysiadać z samolotu, otaczający nas tłum porwał na ręce pierwszego z brzegu Murzyna, który ukazał się na schodkach. Był to Assis, nasz intendent klubowy, niesiono go przez płytę lotniska przy dźwiękach orkiestry i wśród radosnych okrzyków: Niech żyje Pele" - wspominał potem Brazylijczyk.

A satyryk Arapula dodawał: "Aby wyłączyć z gry Pelego, każda drużyna piłkarska powinna dysponować co najmniej trzema obrońcami: jeden próbuje odebrać piłkę, drugi ubezpiecza pierwszego, a trzeci... rusza do bramki, aby wyjmować piłkę z siatki".

Tak zaczęła się wielka mundialowa przygoda dwóch wirtuozów futbolu. Cztery lata później Garrincha znów był na szczycie, siejąc popłoch rywali na prawym skrzydle swoim niepodrabialnym zwodem, Pele był wówczas kontuzjowany, ale w 1970 roku jeszcze raz wystąpił w głównej roli, prowadząc Brazylijczyków do kolejnego triumfu.

Jedno wiemy na pewno, bez nich światowy czempionat nigdy nie byłby taki sam.

Remigiusz Półtorak

Tajemnice mundialu - zobacz wszystkie opowieści o niezwykłej historii mistrzostw świata

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje