Tomaszewski: G-4 atakuje na oślep

Największą bolączką - w dotychczasowej historii - naszego klubowego futbolu był brak profesjonalnej spółki składającej się z pierwszoligowych klubów, która byłaby partnerem dla PZPN, a nie chłopcem na posyłki, jakim były dotychczasowe twory pod tytułem Piłkarska Autonomiczna Liga Polska, a następnie Piłkarska Liga Polska.

W styczniu wspólnie z Mec. Witoldem Knychalskim rozsyłając do klubów i związku propozycję natychmiastowego zrzeszenia się ligowców w istniejącym już podmiocie prawnym pod nazwą "Ekstraklasa", liczyliśmy (i tak się stało) na rozpoczęcie merytorycznej dyskusji w środowisku, która w konsekwencji doprowadziła do kompromisu PZPN z klubami i zapowiedzi rychłej (pod koniec kwietnia) rejestracji nowej spółki w sądzie.

Reklama

Kiedy wydawało się, że wszystko idzie w dobrym kierunku, nagle pojawiły się problemy, które spowodowały, że datę rejestracji ciągle przekładano i do dnia dzisiejszego nikt z zainteresowanych nie jest w stanie powiedzieć kiedy ten arcyważny akt prawny zostanie uprawomocniony. Tajemnicą poliszynela jest, że całe zamieszanie powodują przedstawiciele czterech klubów, którzy uzurpowali sobie prawo występowania w imieniu wszystkich pierwszoligowców i grożą... podaniem związku do Sądu.

Zapowiedź skierowania na drogę sądową sprawy dotyczącej interpretacji słynnego paragrafu 14 Statutu PZPN jest moim zdaniem - i to z kilku powodów - najbardziej dyletanckim krokiem przedstawicieli Wisły, Legii , Amici i Groclinu - potocznie zwanych grupą G-4. Bo po pierwsze, Ci sami przedstawiciele, będąc delegatami na grudniowe (2004) Walne Zgromadzenie Związku głosowali za przyjęciem poprawek do Statutu i nic nie wspominali o "konfliktogennym - Ich zdaniem - paragrafie",a po wtóre, ewentualne skargi i zażalenia członków PZPN na działalność kierownictwa futbolowej centrali powinny być kierowane najpierw do Trybunału Arbitrażowego PKOL, lub europejskich władz piłkarskich, a dopiero później do Sądu Powszechnego.

Moim zdaniem - po wnikliwym przeczytaniu projektu Statutu Ekstraklasa S.A. - ważniejsza od "14 paragrafu" jest odpowiedź na kilka pytań...

  • Co dalej z dotychczasowym długiem klubów w stosunku do innych członków PZPN - o zadłużeniach do ZUS-u i Urzędów Skarbowych już nie wspomnę?

  • Jakie nowa Spółka zajmie stanowisko, jeśli np.: myślenicka Telefonika wystąpi do zarządu Ekstraklasy S.A. o zwrot pieniędzy, jaki przez okres ostatnich kilku lat od tej firmy pożyczyła drużyna Białej Gwiazdy?

  • Kto wypłaci zaległe pobory trenerom i zawodnikom, którzy - już po uzyskaniu licencji przez dany klub - będą transferowani do zespołu w trakcie rozgrywek i podpiszą kontrakty - tak zwane strażackie - przekraczające możliwości finansowe poszczególnych zespołów, deklarowane w rocznym budżecie - przed procesem licencyjnym?

    Zatem, jedynym rozsądnym wyjściem z impasu jest, by zainteresowane (czytaj zwaśnione) strony jak najszybciej znalazły kompromis i parafowały akt prawny , powołujący do życia prawdziwą futbolową spółkę, a czas okaże, które paragrafy należy zmienić lub zmodyfikować, by nasz klubowy futbol zaczął wreszcie funkcjonować normalnie. Przecież dla nikogo w środowisku nie jest tajemnicą , że w/w kwestia, awans reprezentacji do niemieckich finałów i natychmiastowe rozwiązanie problemu sędziowania ligowych spotkań , to trzy najważniejsze zadania dla wszystkich, bez wyjątku, ludzi zajmujących się futbolem w naszym kraju, natomiast wszelkie inne dotychczasowe - nie mniej ważne, ale mogą poczekać - niedoróbki trzeba zostawić na później, bo jest to jedyny warunek poprawy wizerunku naszej skopanej w oczach opinii publicznej.

    Ludzie rządzący i decydujący o polskiej piłce nie mogą powielić błędu polityków z 1989 roku, kiedy to zamiast działać na rzecz poprawy życia najbiedniejszych i powstania tak zwanej klasy średniej w społeczeństwie , zmieniano nazwy ulic, urzędów , burzono pomniki itp., itd.-tak jak by to było jedyne panaceum na biedę, dzięki której doszło u Nas do ustrojowych zmian.

    Poza tym, aż dziw bierze, że przedstawiciele G-4 nie poruszają problemu fałszywych gwizdków, jakie rozlegają się coraz częściej na ligowych boiskach-chyba że Im taki stan rzeczy jak najbardziej odpowiada. Mam nadzieję, że ostatnie najbardziej spektakularne przekrętła czarnych (awans Legii i Wisły do półfinału PP, oraz wykartkowanie Cracovii w Grodzisku), to tylko czysty zbieg niewinnych okoliczności - bo w przeciwnym razie potwierdzi się opinia, że od kiedy Fenicjanie wymyślili "szmal", to temida jest sprawiedliwa i surowa, tylko dla biednych.

    Wyjątkiem w tym temacie jest rozrzutność "bogatego jak mysz kościelna", ŁKS-u, który wpłacił wysokie wadium do PZPN, by skasować prawomocny i w tym konkretnym przypadku słuszny, wyrok NKO w sprawie dokończenia w "siódemkę" spotkania we Włocławku. By wyjaśnić niekompetencje prawne łódzkich działaczy pozwolę sobie na przedstawienie w telegraficznym skrócie wydarzeń, które poprzedziły dzisiejszy - dwudziesto kilko minutowy - "pojedynek" na stadionie Kujawiaka.

    Mecz we Włocławku został w perfidny sposób wygwizdany, wykartkowany i przed czasem zakończony przez sędziego, co znalazło - jak najbardziej słusznie - odzwierciedlenie w stanowisku wielkiej pezetpeerowskiej trójcy (Listkiewicz, Hańderek, Saks) od świstaków, które brzmiało: spotkanie zostało niesłusznie przerwane i sprawę skierowano do Wydziału Dyscypliny. WD. Po oczywiście (nie)wnikliwym zbadaniu zawyrokował: jak najbardziej słusznie o powtórzeniu pojedynku i niekoniecznie słusznie, o wpisaniu do indywidualnej karnej kartoteki żółtych kartoników zdobytych przez łodzian. Zadowoleni z takiego werdyktu działacze ŁKS-u dali się złapać - niczym żółtodzioby - w pułapkę kartkową.

    Bo jeśli mecz należy powtórzyć od początku, to dlaczego kartki z nieodbytego spotkania mają się liczyć i z niezrozumiałych względów... nie złożyli apelacji do Naczelnej Komisji Odwoławczej. To zagapienie (czytaj dyletanctwo) wykorzystali działacze Kujawiaka, którzy pogłówkowali chwilę i złożyli apelacje do NKO, by w związku z tym, iż kartki nie zostały oprotestowane (słusznie argumentując, iż brak protestu jest przyznaniem się kierownictwa klubu do skandalicznego zachowania swoich podopiecznych) przez gości, to Oni żądają... dokończenia, a nie powtórzenia przerwanego spotkania. NKO - niestety rozumując logicznie - wydała ostateczny, prawomocny wyrok, który brzmiał: dokończenie spotkania, to znaczy łodzianie od 64 minuty rozpoczną mecz w "siódemkę" i w dodatku od stanu 1:0 dla gospodarzy. Dzień później byliśmy światkami kolejnego dyletanctwa działaczy ŁKS-u.

    Otóż postanowili Oni złożyć niezgodny z prawem wniosek o kasację (opłacając sowite wadium), ponieważ w świetle obowiązujących paragrafów, tylko stronie (a tą nie byli łodzianie), która wniosła apelację przysługuję prawo do złożenia kasacji. Całemu temu prawnemu zamieszaniu smrodliwego smaczku dodaje fakt, iż na liście członków zarządu ŁKS-u widnieją nazwiska kilku prawników?!

    Mam nadzieję, że po raz ostatni poruszam "czarny temacik", bo, kto wie, czy niedzielne (w dniu meczu z Albanią) spotkanie Listka z kibicami i piłkarzami Pogoni w Szczecinie nie będzie początkiem skutecznej ogólnokrajowej dyskusji na temat walki z czarnymi rozprowadzaczami... Natomiast jeśli okażą się prawdą zarzuty postawione aresztowanemu (a ja od dawna namawiałem na zakup kontrolowany) sędziego Antoniego F., to problem fałszywych gwizdków ruszy z kopyta. A póki co to bezterminowe zawieszenie delikwentów przez PZPN uważam za farsę - TEN DUET POWINIEN BYĆ NATYCHMIAST (tak jak to uczyniono w Niemczech) ZDYSKFALIFIKOWANY DOŻYWOTNIO, BY W SPOKOJU OCZEKIWAŁ NA WYROK W PROCESIE KARNYM..

    Jan Tomaszewski

    W związku z obraźliwymi tekstami komentarzy dotyczących felietonów Jana Tomaszewskiego, uprzejmie informujemy, że nie będziemy publikowali anonimowych komentarzy w których zamiast merytorycznej dyskusji, będą zawarte wyzwiska, pogróżki i obraźliwe epitety pod adresem naszego współpracownika.

    Jeśli ktoś z zainteresowanych czuje się pokrzywdzony tekstem Jana Tomaszewskiego, ma prawo dochodzić sprawiedliwości drogą prawną.

    Jednocześnie informujemy, że zamieścimy każdy, nawet najbardziej drastyczny komentarz, ale pod warunkiem uprzedniego sprawdzenia danych osobowych autora, by pan Jan Tomaszewski mógł dochodzić swoich praw w sądzie powszechnym.

  • Reklama

    Reklama

    Reklama

    Strona główna INTERIA.PL

    Polecamy

    Rekomendacje