Właśnie w tym tkwi wielkość Adama Małysza

Z jednej strony szkoda Adama Małysza. Amerykańska teoria postrzegania sportu głosi, że liczy się tylko zwycięzca. Adam miał olbrzymiego pecha, który przybrał postać Simona Ammanna. Z drugiej strony jednak rzadko się zdarza, by w późnym okresie kariery (aż boję się użyć sformułowania "u jej schyłku") ktokolwiek osiągał swe największe sukcesy. Potrafią to tylko najwięksi mistrzowie.

Wszystko na to wskazuje, że w poniedziałek Orzeł z Wisły zakończył starty olimpijskie. Małysz kariery jeszcze nie kończy, życzymy mu, żeby wytrwał do IO w Soczi, a nawet do MŚ w Zakopanem w 2015 r., ale natury nie da się oszukać. Gdy rozgorzeje walka o olimpijskie medale w Soczi Adam będzie szczęśliwym 37-latkiem i nawet gdyby jakimś cudem pojechał jeszcze na igrzyska w roli zawodnika, to nie zmieni to faktu, że najlepsze Orzeł z Wisły ma właśnie za sobą. Tylko swojej wielkości i klasie trenera Lepistoe zawdzięcza, że najwspanialsze momenty w długiej karierze przeżywał jako 33-latek.

Reklama

Tak jak Adam miał pecha z Ammannem, który okazał się lepszy i sprzątnął mu sprzed nosa aż trzy złote medale, tak my mieliśmy szczęście z nim. Dzięki Orłowi z Wisły mieliśmy przyjemność przeżywania występów najlepszego polskiego sportowca wszech czasów. Za kilkanaście, kilkadziesiąt lat będziemy mogli opowiadać potomkom: "Wiesz, że dziadziuś pamięta jak skakał Adam Małysz?"

Dzisiaj 40-50-latkowie szczycą się, że byli świadkami wielkości polskiego futbolu, magicznych zagrań Kazimierza Deyny, hat-tricku na mundialu Zbigniewa Bońka, niesamowitych sprintów zakończonych golami Grzegorza Laty, czy wprawiających świat w zdumienie interwencji Jana Tomaszewskiego. Małysz już jest żywą legendą polskiego sportu.

Po wyczynach w Vancouver nikogo nie powinno dziwić, że Adam Małysz jest zdecydowanie najpopularniejszym polskim sportowcem. Był nim zresztą przed igrzyskami i jeszcze długo zostanie (konkurenci - Robert Kubica i Artur Boruc, pewnie długo nic nie wygrają, choć trzymamy kciuki).

Na mocną pozycję w sercach kibiców skoczek z nieśmiertelnym wąsikiem pracował długo. Przekonuje do siebie najbardziej tym, że mimo wielkiej sławy i popularności (pamiętacie na pewno powiedzenie "Małysz wyskakuje nawet z lodówki") wciąż pozostaje sobą.

Wystarczy posłuchać jego wypowiedzi po zdobyciu srebrnego medalu na dużej skoczni. Odwoływał się w nich do wiary, co nie jest dzisiaj zbyt popularne, był naturalny, spontaniczny.

"Po tym drugim skoku czułem taką radość, że chciałem wszystko całować! Ziemię, narty, niewiele brakowało, a pocałowałbym nawet stojącego obok kamerzystę!" - mówił ze łzami w oczach. "Przed skokami w skupieniu modliłem się do Boga. Prosiłem Go o koncentrację, o to, by anioły niosły mnie jak najdalej".

Stary, dobry Adam i to jego góralskie "trzymcie kciuki", które od igrzysk w Kanadzie wzbogaci poprawną polszczyznę.

Małysz jest najpopularniejszym Polakiem od czasów Jana Pawła II, co nie znaczy, że przekonał do siebie wszystkich. Dogodzić wszystkim nie jest w stanie nawet on! Wyznawcom tezy, że "tak naprawdę Ammann jest wielki, a Małysz może oglądać jego plecy" wskażmy tylko na fakt, że to Adam, a nie Szwajcar wygrywał czterokrotnie klasyfikację generalną Pucharu Świata, podczas gdy "Harremu Potterowi" nie udało się to ani razu. Oczywiście nie umniejsza to osiągnięć Szwajcara - czterech złotych medali olimpijskich. Pokazuje jednak, że nie udało mu się tak jak Polakowi utrzymać wysokiej formy przez choćby jeden cały sezon. Na dodatek Adam zdobył cztery tytuły mistrza świata (Ammann tylko jeden) i w klasyfikacji wszech czasów do wyprzedzenia Mattiego Nykanena brakuje mu tylko ośmiu zwycięstw w Pucharze Świata. I jak tu się nie żachnąć: gdyby jeszcze złoto olimpijskie... Tym zamknąłby na wieki usta "psom ogrodnika"!

W porównaniu do sportów wytrzymałościowych, w których konieczna jest żelazna kondycja (biegi narciarskie, biathlon), wydaje się, że skoczkowie mają łatwe życie - zjechać, dobrze się wybić, wyprężyć się jak struna w powietrzu i z telemarkiem wylądować.

Mało kto jednak bierze pod uwagę, że skoczkowie niemal bez przerwy są głodni, a nie mogą sobie pofolgować na stołówce, bo waga jest dla nich niemiłosierna. Adam Małysz może spożyć dziennie tylko 1500 kalorii. Identyczną dietę stosują odchudzające się panie. Orzeł z Wisły jednocześnie musi zachować siłę mięśni nóg, a to nie jest łatwe.

Dieta Adama Małysza

Śniadanie (500 kilokalorii)

Ciemne pieczywo, płatki zbożowe z rodzynkami, jogurt naturalny, sery i owoce - mile widziany bogaty w potas banan.

Obiad (600 kilokalorii)

Chude, bogate w białko mięsa (kurczak, wołowina) i ryby. Do tego węglowodany - ziemniaki, ryż, kasza. Nie można zapomnieć o warzywach.

Podwieczorek (100 kilokalorii)

Owoce, baton zbożowy, w ostateczności gorzka czekolada - góra trzy kostki.

Kolacja (200 kilokalorii)

Nie później niż o godz. 18.00. Chude mięsa (kurczak lub ryba) z warzywami.

Michał Białoński

CZYTAJ RÓWNIEŻ:

Wołowski: Sportowe arcydzieło Adama Małysza

Adam czeka na dyspensę, aż będzie mógł zjeść kaczkę nadziewaną jabłkami!

DYSKUTUJ NA FORUM

Małysz wraca z Vancouver

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje