Wrogość i fanatyzm? Spokojnie to tylko "Les Bleus"

Wiele mówi się o chuligańskich wybrykach kibiców piłkarskich, ale tenisowa publiczność zachowuje się inaczej. Może za wyjątkiem francuskich fanów podczas wielkoszlemowego turnieju na kortach ziemnych im. Rolanda Garrosa (pula nagród 17,052 mln euro).

Niezależnie czy mowa o reprezentacji futbolowej, piłki ręcznej, koszykówki czy też o tenisiście, to w Paryżu zyskuje się miano "Les Bleus", a dopingowanie "Niebieskich" to obowiązek każdego prawdziwego Francuza. A robić to można na różne sposoby: od oklasków, przez głośne okrzyki ocierające się o wycie, bucząc gdy rywal gra nieco lepiej, albo tupiąc z całej siły w podłogę trybun, kiedy ma do dyspozycji setbola czy meczbola.

Reklama

Czasem można dać się zwieść pozorom, gdy na widowni siądzie się obok dwóch spokojnych i uroczych dziewcząt, ubranych w eleganckie sukienki i zachowujących się spokojnie. Nawet one, gdy przychodzi ważny gem, potrafią zaskakująco głośno krzyknąć "Allez-les-Bleus!" i uderzać stopami o ziemię, nie bacząc, że mogą złamać obcasy.

Gdy w niedzielę wieczorem na drugim co do wielkości stadionie im. Suzanne Lenglen grał w 1/8 finału Gael Monfils z Hiszpanem Davidem Ferrerem, gorączkowe reakcje publiczności słychać było chyba w całym Lasku Bulońskim, chociaż korty są położone na jego obrzeżach. Dodatkowo efekt wzmacniały głośniki podłączone do ogromnego telebimu na Placu Muszkieterów. Na zbliżeniach widać było, jak francuski tenisista jeszcze bardziej zagrzewa ludzi do wsparcia.

Monfils jest najwyżej rozstawionym z tenisistów gospodarzy, bo z numerem dziewiątym (Ferrer z siódemką), a pięciosetowy pojedynek w wyniku zapadających ciemności rozłożony był na dwa dni. Choć w sumie trudno się oprzeć wrażeniu, iż nie tylko zmierzch mu pomógł, ale przychylni sędziowie.

Gdy w drugim gemie czwartego seta, przy stanie 1:0 dla Hiszpana, jego rywal potknął się i nadwerężając mocno lewą kostkę, kilkutysięczna widownia zawyła tak głośno, jakby każdy z oglądających mecz czuł w tym momencie taki sam ból w nodze. Dłuższą chwilę zajął tenisiście pochodzącemu z Paryża powrót do gry, ale w dwóch ostatnich piłkach nie mógł biegać i na tablicy pojawił się wynik 0:2.

W tym momencie w sukurs Monfilsowi przyszli organizatorzy. Sędzia naczelny turnieju uznał, że trzeba przerwać spotkanie i dokończyć następnego dnia. Nie pomogły protesty Ferrera, którym wtórowało głośne buczenie i tupanie kilku tysięcy kibiców "Les Blues". Decyzja ta wzbudziła owację na stojąco, a jako pierwszy wstał w loży VIP prezes Francuskiej Federacji Tenisowej (FFT) Jean Gachassin. To były gracz rugby, który ze względu na niski wzrost (168 cm) nazywany był najczęściej "kieszonkowym prezesem" lub "Piotrusiem Panem".

W ten sposób ulubieniec francuskiej publiczności otrzymał w prezencie jeden dzień życia, który wykorzystał doskonale. Choć przegrał czwartego seta, to w piątym pewnie rozstrzygnął losy meczu na swoją korzyść. Ostatecznie pokonał Ferrera 6:4, 2:6, 7:5, 1:6, 8:6.

Jednak przed tym zafundował rodakom sporo nerwów. Zmarnował dwie piłki meczowe, dwukrotnie trafiając w siatkę, gdy prowadził 5:3 i 40-15. Przegrał cztery kolejne wymiany i stracił nieoczekiwanie serwis. Następnego meczbola wypuścił z rąk przy stanie 6:5 i podaniu rywala. Zakończył pojedynek dopiero przy czwartej okazji.

Zanim podniósł ręce w geście triumfu na największy stadion im. Philippe'a Chatriera wyszedł drugi Francuz, jaki pozostał w turnieju głównym - Gilles Simon (nr 18.). Jednak przegrał ze Szwedem Robinem Soederlingiem (5.) 2:6, 3:6, 6:7 (5-7). Tym razem obecność prezesa Gachassina nie pomogła.

Po Simonie i Soederlingu na kort centralny wyszły Agnieszka Radwańska (12.) i Rosjanka Maria Szarapowa (8.), które walczyły o miejsce w ćwierćfinale. W tej fazie jest już jedyna Francuzka w głównej drabince Marion Bartoli (nr 11.); we wtorek zmierzy się z Rosjanką Swietłaną Kuzniecową (13.).

Tomasz Dobiecki, Paryż

Dowiedz się więcej na temat: reprezentacja Francji | tenis | roland garros

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje