Adam Kownacki: Pewne słowa Artura Szpilki szczególnie mnie zabolały

- Po kontuzji, gdy naprawdę dokuczał mi ból zęba, Artur napisał do mnie coś takiego: "ciesz się, że ze mną nie walczysz, bo bym cię zabrał do przedszkola i skrzywdził, dzieciaku". To mnie szczególnie zabolało. Wiedziałem, że muszę wziąć tę walkę i pokazać mu, na co mnie stać - mówi w rozmowie z Interią Adam Kownacki, dla wielu niespodziewany pogromca Artura Szpilki przez techniczny nokaut na gali w Nowym Jorku.

Artur Gac, Interia: Już pan poczuł, jak smakuje popularność?

Reklama

Adam Kownacki, pięściarz wagi ciężkiej: - Chyba aż za bardzo (śmiech). Cały czas "wiszę" na telefonie, aż trudno mi uwierzyć, że stałem się aż tak rozchwytywany. Można powiedzieć, że jestem tym bardziej zmęczony niż samą walką. Ale nie poddaję się i walczę dalej z tym nowym dla mnie zjawiskiem.

A jak się pan z tym czuje?

- Super! Fajnie, że ludzie chcą poznać moją historię i dowiedzieć się, jak dotąd wyglądała moja kariera. Od razu chcę dodać, że przede mną jeszcze ogrom ciężkiej pracy, bo dopiero jestem na dorobku.

Od kogo gratulacje były dla pana największym zaskoczeniem i niespodzianką?

- Chyba krótka rozmowa na Twitterze z prezesem Zbigniewem Bońkiem. Było dla mnie szokiem, że jeden z najlepszych polskich piłkarzy w historii zdecydował się mi pogratulować. To dla mnie duży zaszczyt. Poza tym doceniam gest rapera Peji, który zamieścił wspólne zdjęcie ze mną z czasu, gdy spotkaliśmy się około 10 lat temu na Greenpoincie. W okresie dorastania słuchałem Peji, więc było to dla mnie ogromnie miłe.

Można powiedzieć, że sprokurował pan reakcję prezesa Bońka do gratulacji. Przed walką szef PZPN był przekonany, że to Szpilka znokautuje pana. Długo myślał pan, co napisać, by z jednej strony się odgryźć, a z drugiej uczynić to z kulturą i ze smakiem?

- Nie chciałem, by moja odpowiedź była arogancka, bo nie miałem do pana Bońka żadnych pretensji. Przecież wcześniej nie byłem zbyt znany w Polsce. Prezes też wyjaśnił mi, że wcześniej mnie nie kojarzył, ale od teraz zaczyna mi kibicować. Cieszę się, że ta walka dała mi popularność i rozpoznawalność w ojczyźnie.

Najpierw, tuż po walce, wziął pan na "warsztat" szefa sportu w Polsacie Mariana Kmitę, który na początku 2016 roku stwierdził, że pod względem estetycznym nie pasuje pan do gali Polsat Boxing Night. Te słowa były zadrą w pana sercu?

- Raczej nie... Bardziej przyjąłem je jako żart niż coś ubliżającego. Mam nadzieję, że prezes Kmita wypowiedział te słowa z przymrużeniem oka, a nie na poważnie.

Powiedział mu pan, że "sześciopak" na brzuchu nie wygrywa walk.

- Mogę tylko powtórzyć, że mięśnie nie walczą. Boks to nie kulturystyka, ani wybory mistera. Wydaje mi się, że słowa pana Kmity nie zostały wypowiedziane złośliwie. Myślę, że chciałby, abym zaboksował w Polsce, a te słowa miały mnie zmotywować do jeszcze cięższej pracy.

To pan wygrał ze Szpilką, czy Artur bardziej przegrał sam ze sobą?

- Nie mam wątpliwości, że przegrał ze mną. To ja narzuciłem swój styl. Przecież wielokrotnie mówiłem przed tym pojedynkiem, że styl robi walkę. Wiedziałem, że jeśli "włączę" mocny pressing, to Artur tego nie wytrzyma.

Naprawdę był pan przekonany, że nawet jeśli "Szpila" będzie świetnie poruszał się na nogach, to nie da rady pana "oszukać"?

- Zdecydowanie tak. Ja naprawdę bardzo sumiennie pracowałem nad tym, w jaki sposób skracać ring, by nawet najlepszy Szpilka nie był w stanie sobie z tym poradzić. Nie zaniedbałem przed tą walką niczego, co miało zapewnić mi wygraną w pojedynku. Uważam, że między linami zrobiłem wystarczająco dużo, by dobrze przygotowany Artur nie miał szans realizować swoich założeń. Dokładnie tak z trenerem wyobrażaliśmy sobie przebieg tego pojedynku.

Proszę powiedzieć w szczegółach, w jakich elementach styl Szpilki był idealnie skrojony pod pana sposób boksowania?

- Przede wszystkim Artur bardzo nisko opuszczał ręce i miał olbrzymie dziury w obronie.

To wynikało z jego nonszalancji i "kozaczenia", czy było efektem szybko zainkasowanych ciosów na korpus?

- Z pewnością moja taktyka i nisko zadawane ciosy też nie pomagały mu w tym, by trzymał ręce "przyklejone" do twarzy. Sądzę, że uderzenia na tułów odjęły mu sporo sił i były kluczem do odniesienia szybkiego zwycięstwa. Generalnie, swoją postawą pozbawiłem Artura wszystkich atutów w ringu.

A był pan zdziwiony, że swoją bierną postawą "Szpila" kompletnie oddał panu inicjatywę?

- Przed walką był bardzo zmotywowany. Mówił, że już nie może doczekać się powrotu i przejedzie się po mnie, bo nie jestem zawodnikiem na jego poziomie. Poza tym wybiegał myślami w przyszłość, dopytywał o kolejną walkę, planując drugie podejście do tytułu mistrza świata. On gadał i odgrażał się, z kolei ja wiedziałem, że jestem super przygotowany i stać mnie na to, by go całkowicie zdominować w ringu.

Sugeruje pan, że swoimi słowami Szpilka wyrządził sobie podwójną krzywdę? Nie dość, że nakładał na siebie presję, to dodatkowo drażnił pana, stąd chęć, by mu pokazać, gdzie raki zimują.

- Sto procent racji. Myślał, że taką postawą sobie pomaga, a stało się dokładnie na odwrót. Szybko go zmęczyłem, co sprawiło, że wzorem poprzednich porażek wrócił do starych nawyków.

Poczuł pan jakiś cios Szpilki?

- Pod koniec pierwszej i drugiej rundy przyjąłem czyste uderzenia, ale one nie zrobiły na mnie dużego wrażenia. Zero sygnału ostrzegawczego, by się cofnąć, tylko jeszcze bardziej zacząłem na niego nacierać. Innymi słowy nic mnie nie zabolało, to nie były ciosy stopujące.

Z uporem maniaka powtarzał pan, że Szpilka ma "szklaną" szczękę, co niesamowicie irytowało Artura. Tymczasem w rozmowie z Interią pierwszy trener "Szpili" Władysław Ćwierz wyznał, że jego ulubieniec za bardzo nie jest odporny na ciosy.

- Czyli wszystko się potwierdziło, nie rzucałem słów na wiatr. Natomiast życzę mu wszystkiego najlepszego. Myślę, że Artur jest silnym chłopakiem, podniesie się po tej porażce i jeszcze pokaże, na co go stać.

W tej chwili wylewa się na niego wezbrana fala hejtu. Myśli pan, że Artur stał się ofiarą własnego PR i właśnie płaci wysoką cenę za swój styl bycia?

- Dokładnie. W życiu trzeba być normalnym człowiekiem, żyć w zgodzie z wszystkimi, bo prędzej czy później "karma" wraca i uderza ze zdwojoną siłą.

Jakie zachowanie Szpilki lub które słowa szczególnie pana podrażniły?

- Po kontuzji, gdy naprawdę dokuczał mi ból zęba, napisał mi na Instagramie mniej więcej takie słowa: "ciesz się, że ze mną nie walczysz, bo bym cię zabrał do przedszkola i skrzywdził, dzieciaku". To mnie naprawdę szczególnie zabolało. Gdy przeczytałem te słowa, to już wiedziałem, że muszę wziąć tę walkę i pokazać mu, na co mnie stać.


Co ciekawe, wcale nie musiał pan brać walki ze Szpilką, bo równolegle padła jeszcze jedna propozycja.

- To prawda, menedżer dał mi wybór. Zapytał, czy chcę stoczyć walkę z Arturem, która zmieni moje życie w przypadku zwycięstwa, czy też nadal obijać przeciętnych zawodników. Jednocześnie sam namawiał mnie na pojedynek ze Szpilką, twierdząc że wygram, co jeszcze bardziej mnie zachęciło.

A kto miał być tym mniej wymagającym rywalem?

- W sumie nie padło konkretne nazwisko, ale miał to być ktoś z niższej półki. Mając do wyboru byłego pretendenta do tytułu mistrza świata i wiedząc, że nasze starcie będzie transmitowane w telewizji, nie miałem żadnych wątpliwości. Wziąłem tę dużą szansę i chyba w niezłym stylu ją wykorzystałem.

Rozumiem, że nie dzwonił do pana sam Al Haymon?

- Zadzwonił współpracujący z Haymonem menedżer Brad Owens. To z nim utrzymuję kontakt.

Wielka wiktoria stała się faktem. Komu zawdzięcza pan najwięcej w swojej karierze?

- Całej mojej rodzinie. Począwszy od żony, przez braci, rodziców i kuzynów. Mam wspaniałych bliskich, którzy od początku "żyją" moją karierę i zawsze mogę na nich liczyć. To im wszystko zawdzięczam.

W jaki sposób angażują się przy pana walkach?

- Jeden brat sprzedaje bilety, drugi załatwia mi sparingi i zajmuje się plakatami, a żona gotuje mi pyszne jedzenie. Wszystko jest tak dopięte, że nie mam prawa na nic narzekać. Jestem szczęśliwy, że mam tak wspaniałą rodzinę.

Zadania żonie chyba nie ułatwił dr Jakub Chycki, rozpisując panu specjalistyczną dietę.

- (śmiech) w sumie stało się przeciwnie. Teraz nie trzeba się zastanawiać, co będzie dla mnie dobre, bo mam profesjonalną rozpiskę. Po powrocie do Stanów do końca przygotowań trzymałem się tej diety, co też mi pomogło. Z tego miejsca chcę podziękować Kubie za te małe-wielkie szczegóły.

Kiedy po raz ostatni, na poważnie, zastanawiał się pan, czy rzucić boks i zająć się czymś, co da panu stabilizację?

- Tak naprawdę nigdy. Było kilka ciężkich chwil, gdy leczyłem kontuzje, ale przełomem okazała się walka stoczona w sierpniu 2014 roku. Wówczas pokonałem niejakiego Charlesa Ellisa, zawodnika z rekordem 9 zwycięstw, 1 porażka i remis. To był bardzo solidny rywal, podobnie jak ja, zwycięzca turniejów o "Złote Rękawice". Powiedziałem sobie, że jeśli wygram ten pojedynek, to będę mistrzem świata. Po najtrudniejszej walce w karierze pokonałem go przez techniczny nokaut, a niedługo później podpisałem kontrakt menedżerski z Alem Haymonem. Od tego momentu jestem na fali wznoszącej, a moja kariera układa się bardzo dobrze.

Amerykanin był trudniejszym rywalem od Szpilki?

- Tak, dotąd nie miałem cięższej walki.

Wcześniej pracował pan na budowie oraz jako ochroniarz w jednym z lokali na Manhattanie. Kiedy skupił się pan tylko na boksie?

- Półtora roku temu. Zbudowałem dobry bilans walk i wyobraziłem sobie, że nadejdą większe pojedynki, dlatego trzeba było postawić wszystko na jedną kartę. Usiedliśmy z żoną i odbyliśmy poważną rozmowę. Usłyszałem, że mam jej pełne wsparcie, więc nie miałem już żadnych wątpliwości, że warto zająć się wyłącznie boksem.


Za pojedynek ze Szpilką zarobił pan 100 tysięcy dolarów brutto. Po odprowadzeniu podatku i odliczeniu wszystkich kosztów, na "rękę" zostanie panu ok. 60 tys. dolarów?

- Podatek, trenerzy... Myślę, że dobrze pan szacuje, spodziewam się między 50-60 tys. dolarów.

Będzie pan musiał coś "odpalić" również menedżerowi?

- Menedżer powiedział, że pieniędzmi z tej walki jeszcze nie muszę się z nim dzielić.

To pana rekordowy zarobek?

- Tak, to więcej niż to, co zarobiłem na przestrzeni ostatnich dwóch lat. Natomiast kwota brutto jest największą sumą na przestrzeni całej mojej kariery.

Spełni pan jakąś swoją zachciankę i kupi sobie coś ekstra?

- Nie, spokojnie. Pieniądze należy mądrze inwestować, bo boks nie trwa wiecznie. Trzeba myśleć o przyszłości i być ostrożnym w wydawaniu kasy. Przecież słyszy się historie, jak wielu bokserów dokonuje nieprzemyślanych zakupów, a później zostają bankrutami. Absolutnie nie chciałbym tak skończyć. Skoro da się wydać dziesiątki milionów dolarów, to ja tym bardziej zamierzam mądrze zarządzać tym, co będę miał na koncie.

Ma pan pomysł, w co inwestować?

- Jeszcze nie, ale myślę, że zdecyduję się na nieruchomości. Miałem okazję porozmawiać na ten temat z Tomkiem Adamkiem, który tak mi doradził.

Wiem, że nie lubi pan wracać do niechlubnych wydarzeń z przeszłości, ale niewielu kibiców wie, że w młodym wieku nie był pan, delikatnie mówiąc, grzecznym chłopcem.

- Jeśli wychowujesz się na Brooklynie, to nie da się uniknąć bójek i różnych akcji. Natomiast teraz jestem dojrzałym gościem i nie lubię do tego wracać, bo to stare czasy.

Uchylmy przynajmniej rąbka tajemnicy, przywołując choćby jedną akcję, w jakiej przyszło panu brać udział.

- Byłem w kinie na pierwszej randce z dziewczyną, a moją obecną żoną Justyną. Nagle dzwoni kolega, że ktoś uderzył go w klubie. Nie zastanawiając się, zostawiłem dziewczynę w kinie mówiąc "zaraz wracam" i pojechałem do klubu. Wywiązał się lekki "dym", a efekt był taki, że zwinęła mnie policja i noc spędziłem w areszcie. Do kina wrócił tylko kolega i starał się wytłumaczyć Justynie, co się stało. Chyba średnio się udało, bo dostałem od niej następującego SMS-a: "ale jesteś romantyczny. Nie miałeś lepszej wymówki?".

Myślała, że zwiał pan z randki, a że zabrakło panu odwagi, by jej powiedzieć to wprost, wymyślił pan całą historię?

- Tak jest (śmiech). A jednak to wydarzyło się naprawdę.

Była jeszcze jedna akcja, gdy nabawił się pan poważnej kontuzji ręki, która na długo wykluczyła pana z boksu.

- Akurat o tym nie chciałbym opowiadać.

Te sytuacje czego pana nauczyły?

- Że trzeba panować nad emocjami, bo w jednej chwili można zmarnować sobie życie. Nie chciałem źle skończyć, dlatego wybrałem inną drogę.

Dzisiaj Adam Kownacki jest numerem 1 w polskiej wadze ciężkiej?

- Myślę, że tak.


A kto jest numerem dwa i trzy?

- O to trzeba zapytać ekspertów. A pan jak myśli?

Według mnie Izu Ugonoh, a dalej Mariusz Wach na równi z Tomaszem Adamkiem.

- Myślę, że wyżej od Izu jest Tomek. Powiem jeszcze inaczej: pierwszy jest Tomek, a ja zajmuję drugie miejsce.

Proszę się zdecydować na ostateczną wersję.

- Dobrze. Zatem królem niech będzie Tomek, a ja mogę być księciem. To wyraz szacunku, Tomek jest ode mnie starszy i bardziej utytułowany.

Książę będzie chciał zdetronizować króla w bezpośrednim starciu?

- Nie... Królowi zostało już chyba parę walk, więc niech spokojnie dokończy swoją robotę. Trzymam za niego kciuki, to mój kolega.

To znaczy, że walka między wami nie wchodzi w grę?

- Nie ma mowy.

A wyobraża pan sobie walki z innymi Polakami?

- Oczywiście. Boks jest sportem, więc nie mam nic przeciwko. Takie pojedynki nie są niczym zdrożnym. Natomiast do Tomka mam zbyt duży szacunek, za dużo mi w życiu pomógł, żebym teraz z nim walczył, zresztą nie wiadomo o co. Przecież jesteśmy na innych etapach kariery, więc taka walka zupełnie nie miałaby sensu.

Rozmawiał Artur Gac

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje